Czekał, nie odwracając od niej wzroku. Nie mrugał, więc ona też nie mogła zamrugać. Widział, jak przyśpiesza jej oddech. Ramię w jego uścisku zaczęło drżeć, pióra futra szeleściły w trwodze. Rozchyliła usta, lecz nie była w stanie wydać z siebie głosu. Ścisnął silniej. Jęknęła.

— Co… chcesz… żebym…

Zaśmiał się, puścił ją.

Obrócił się z powrotem ku chmurnej przepaści. Wyjął tytońcówkę i zapałki. Chciał ją poczęstować, ale gdy wyciągnął rękę, poderwała się i uciekła, zeskakując z muru susem długim na ćwierć stadionu — szybko zniknęła mu z oczu, biel na tle bieli.

Dwa dni później anonimowy goniec przyniósł do Księżycowego Dworu dla pana Berbeleka pierwszy list miłosny od Loilei Icuzza. Podała adres, na który mógł odpisać. Nie odpisał. Nazajutrz przyszedł następny list. Nie histeryzowała; pisała spokojnie, że śni tylko o nim i że będzie czekać na jego powrót na czele armii Ilłei Okrutnej. Napisał jej, żeby nie czekała. Loilei odpisała, że jeśli nie spotka się z nim twarzą w twarz, to Hieronim nie zmusi jej, by o nim zapomniała. Teraz już pan Berbelek w ogóle nie opuszczał Księżycowego Dworu, by uniknąć takiego „przypadkowego” spotkania. Powstrzymał się od dalszej korespodencji. Listy od anielicy przychodziły codziennie, coraz dłuższe. Opisywała mu swoje życie, ambicje, nadzieje, opisywała historię rodu i historię Oronei. Jej greka była sztywna i dosyć uboga, tym niemniej oddawała całą tę naiwną szczerość, z jaką Loilei snuła w niej swoje zwierzenia. Pan Berbelek powinien był spalić te listy; miast tego chował je starannie za okładki swego diariusza. Przypominał sobie, ile podobnych wyznań miłosnych otrzymywał po każdej victorii. Dlaczego się dziwił? Taka była Forma strategosa: zdobywał. Przecież nie zaplanował, nie chciał, nie miał zamiaru. Lecz leżało to w jego naturze.

W godzinie najcięższych koszmarów, gdzieś między północą a przedświtem, rozległ się przeciągły dźwięk gongu, wszywający się metalicznymi wibracjami w mury, boazerie, posadzki, dywany i meble Dworu, pod koce i pod sny jego gości. Przebudzili się natychmiast. Nikt nie musiał ich popędzać i tłumaczyć, co oznacza ten dźwięk. Bagaże mieli od dawna przygotowane. Schodzili przez zimny hol i z zadaszonej werandy na łąkę i drogę do Schodów, zasypane śniegiem mieniącym się wszystkimi barwami ogni Dworu. Doulosi i służący wyroili się z lampami i pochodniami w rękach. Podróżni maszerowali w milczeniu, z pochylonymi głowami, naprzeciw wiatrowi, w wirujących płatkach hydoru — conocna śnieżyca rozszalała się właśnie nad Oroneią. Pan Berbelek, Heltyjki, Cyganie, Dont, Katrina, szpiedzy i banici, bogobójcy i bałwochwalcy, dwa tuziny zawiniętych w futra i płaszcze sylwetek. Śnieg przed panem Berbelekiem był czysty i gładki, każde stąpnięcie łamało jego zmrożoną powierzchnię. Lecz oprócz owego trzeszczenia i chrzęstu — cisza. Słowa zastępowały obłoki pary, wyrywające się z ust co krok.

Nawet w głębokim śniegu na przejście stadionu nie trzeba więcej niż kilkanaście minut. Wokół Schodów do Nieba rozwieszono dziesiątki lampionów. Najsilniejszy blask bił wszakże znad i zza szczytu Schodów, gdzie jasnobłękitnym ogniem gorzał wielki kadłub księżycowej łodzi. Nazywała się „Urkaja” — co w języku, o który pan Berbelek nie zapytał, znaczyło „Podgwiezdna”. Zbudowano ją w niebiańskich stoczniach dla żeglugi przez sfery Ognia i aetheru, te więc żywioły stanowiły podstawę jej konstrukcji. Pyr oznaczał żar i jasność, aether oznaczał wieczny ruch po okręgu. „Urkaja” bezustannie płonęła gwiazdowym ogniem i wirowała sama wokół siebie.

Wchodzili do jej wnętrza po rozciągniętym nad czarną przepaścią sznurowym pomoście; wnętrze łodzi było ciemniejsze niż zewnętrze, nareszcie mogli przestać mrużyć oczy. Ostatnie spojrzenie za siebie, gdy wiatr jeszcze chlaszcze twarz zmrożonym hydorem: ścieżka ognia i ciemna Oroneia za zasłoną śniegu. Ostatnie spojrzenie na „Urkaję”, obracającą się wokół poziomej osi, wzdłuż której wchodzą do paszczy tego półprzezroczystego skorpiona: wielkie kleszcze zaczynają się rozwierać w aetherowe żagle, od pyrowych burt buchają kłęby pary, czerwone lśnienie biegnie wokół gadzich pierścieni „Podgwiezdnej”, spiralny ogon rozpędza się w tysiącu misternych wiecznomakin uranoizowych — rozkwitająca róża perpetua mobilia. Płonący człowiek wychyla się z unieruchomionego na osi obrotu łba skorpiona i otoczony obłokiem śnieżnej pary, dmie w czarny róg, uuuuuuuuurrrrmmm! Czas opuścić Ziemię.

Pan Berbelek odwrócił się od nocy i wszedł w jasność.

* * *

3 Januarius 1194. Zaczynam dziennik od nowa. Zapewne nie władam piórem ze sprawnością Elkinga, ale nie darowałbym sobie, gdybym nie zapisał. Największy głupiec, kto wierzy własnej pamięci.

Перейти на страницу:

Похожие книги