Przed świtem, już po ubiciu kakomorfa, przeszła była krótka ulewa, gwałtowny wicher dodatkowo roztrącił okręty. Przyboczna Berbeleka zazwyczaj kryła się przed deszczem; nimrod sądził, że raczej dla uniknięcia plotek i by nie powodować skrępowania innych, aniżeli przez prawdziwy dyskomfort obcowania z wodą. Ihmet poznał Aurelię tuż po powrocie Berbeleka do Afryki, przeszło dwa lata temu. Strategos nijak jej jeszcze wówczas nie przedstawiał, po prostu: towarzyszyła mu; towarzyszyła, spełniała jego polecenia, troszczyła się o jego bezpieczeństwo. Była demiurgosem Ognia — stało się to dla Zajdara boleśnie oczywiste owej babilońskiej nocy, gdy spopieliła nasłanych na nich siepaczy z Szarej Gwardii Siedmiopalcego: w płonącym ubraniu, w smudze dymu i aureoli falującego od żaru powietrza, w mgnieniu oka wypaliła Babilończykom twarze, ich klatki piersiowe obróciła w czarne kratery organicznego żużlu. Upadali pod pióropuszami tłustej sadzy. To była jedna twarz Aurelii od Pioruna. Druga twarz ukazywała się natomiast w takich sytuacjach — gdy padał deszcz, gdy musiała przebywać między zwykłymi ludźmi, a jej morfa wykluczała ją poza nawias wszelkich sytuacji towarzyskich, w niezręczność, w milczenie, nieśmiały bezruch w ciemnym kącie pomieszczenia, gdzie być może nikt nie zwróci uwagi na demorfunki jej brwi, na tańczące na skórze skry, na otaczający ją zawsze delikatny zapach spalenizny, mdłe pachnidło krematoryjne. Natura Aurelii była jednak inna (ognista). Prowokowała ją do wybuchów szczerej jowialności, głośnego śmiechu, okrzyków zdziwienia, podziwu, prędkiego jak uderzenie kobry gniewu — tak potrafiła się zapomnieć. Ihmet był świadkiem owych wybuchów, bo to zazwyczaj istotnie były wybuchy, i z tego mimowolnego świadkowania zrodziło się było porozumienie między Persem i dziewczyną. Nie pytał, nie kpił, nie udawał, że nie widzi, i nie unikał jej obecności. Znał przecież nimrodów tak dzikich, że faktycznie tęskniących już do form zwierzęcych, przedcywilizacyjnych, przedludzkich; znał aresów tak agresywnych, że przemocą skuwanych na noc, by nie wydrapali sobie we śnie oczu, nie wyrwali serc; znał demiurgosów psyche pozbawionych własnej psyche. Oczywiście tego Aurelii również nie powiedział — jak zresztą przyjęłaby takie porównania? — ale ponieważ zazwyczaj nie mówił właśnie nic, mogła teraz podejść do niego i swobodnie zagaić rozmowę. Bo była też ta trzecia Aurelia: po prostu samotna dziewczyna, szukająca ostrożnie jakiegoś kontaktu z drugim człowiekiem, skoro — jak wyobrażał to sobie Ihmet i nie był pewien tego wyobrażenia — skoro została rzucona w świat, sytuacje i między ludzi całkowicie jej obcych, obcych jej sercu i obcych jej rozumowi. Nie potrafiłby wskazać, skąd to wyobrażenie, z jakich znaków Je zbudował; dotyk morfy jest miękki i subtelny. Aurelia sPiunęła za burtę i puściła do Zajdara oko. Cienie hadesowych pożarów pełgały w jej źrenicach. Majtek z pobliskiego „Aceusza” zaklął chrapliwie w ciszy świtu i nimrod odwrócił głowę.
— Czasami sprawiasz wrażenie, jakbyś spadła prosto z Księżyca — rzekł, śledząc wzrokiem zbliżającą się szalupę ze szczurem Nabuchodonozora.
Kątem oka dostrzegł jednak — kątem oka nimroda — jak Aurelia odruchowo prostuje się na te słowa i ogląda przez prawe ramię.
Zrozumiał dopiero po siedmiu uderzeniach serca: gdyby w ogóle był teraz widoczny, tam właśnie powinni byli go widzieć — Księżyc.
Wypuścił z płuc obłok hasziszowego błękitu.
— A ja się zastanawiałem, skąd on posiadł nagle tak wielką wiedzę o ruchach ciał niebieskich i życiu sfer nadziemskich. Ten jego Antidektes… — Ihmet oparł głowę na dłoniach. — A obsesja zniszczenia kakomorfii — to niby na skutek śmierci syna. Noo, bardzo ładne. Tymczasem ona po prostu chce się zemścić za swoje Wygnanie… Dobrze, że nie złożyłem mu hołdu.
Widział, jak rosną nad jej czaszką łuki iskier, a z rękawów płaszcza wysnuwają się strużki siwego dymu.
— Służyłeś mu trzy lata — rzekła cicho, i to była już ta pierwsza Aurelia. — Obiecywał ci coś? Zapłatę? Ideał? Wroga? Dlaczego więc służyłeś i dlaczego teraz miałbyś się cofnąć?
— Nie będę służył jej. Spalisz mnie?
— Opowiadano mi, że tacy właśnie jesteście. Jeśli oddajesz swoją lojalność człowiekowi, który z kolei odda swoją komuś, kto ci się nie podoba — czy to znaczy, że już nie musisz być lojalny? Cóż to więc za lojalność? Co za wierność? Gdy każdorazowo wybierasz i decydujesz podług własnego upodobania — to nie wierność, to zwierzęca wygoda. Prawdziwych panów się nie wybiera. Oni wybierają nas. Sądzisz, że możesz odejść? Idź i powiedz mu to.
— Powinienem był wcześniej się domyśleć. Choćby zeszłej zimy w Alexandrii, gdy zastałem cię w termach z Amitace i jej aresem, cała forma owej sytuacji, jak na mnie spojrzałyście… Ha! A ja nie mogłem pojąć, czemu nie zabił tej żmii — Manat mnie oślepiła, nic innego. Szulima wkradała się w łaski Czarnoksiężnika po to, by go zniszczyć — już w Chersonezie — kratistosi nigdy nie wybaczają, nie zapominają — nie zamierzam brać w tej grze —
— Zostaw nóż w spokoju.