Humijowy płaszcz począł się tlić na ramionach Aurelii. Obróciła się przodem do nimroda, odsuwając się od relingu. Najbliższy marynarz znajdował się kilkanaście pusów dalej, drzemał za nie do końca rozplatanym zwojem grubej liny. Szalupa ze szczurem Nabuchodonozora wyłaniała się zza rufy „Aceusza”. Wiatr poruszał lekko grzywą martwego węża morskiego.

Ihmet nie wyprostował się, nie obrócił od relingu. Złożył puste dłonie symetrycznie na poręczy. Przyglądał się, jak wnętrzności potwora zmieniają kolor w promieniach wschodzącego Słońca.

— Czy uwierzysz, że gdy go po raz pierwszy spotkałem, był niższy ode mnie i nawet podczas konwersacji przy stole nie bardzo go słuchali, wchodzili mu w słowo? To było szlachetne: pomóc Berbelekowi Kolenickiemu, gdy potrzebował pomocy, użyczyć siły, gdy sam jej nie posiadał. Ale potem zaczął wypełniać kolejne podsuwane mu Formy, każdą większą od poprzedniej: kochanka, ojca, hegemona dżurdży, mściciela, strategosa. Ona jest jakimś wiedźmowym teknitesem psyche, prawda? Szulima. W zeszłym miesiącu w Argentoratyjskiej palarni… już mówił o sobie: kratistobójca, kratistobójca. Pójdzie na Czarnoksiężnika i zginie.

Aurelia przysunęła się do Zajdara, poczuł falę ciepła.

— A przecież jesteś mu wierny — szepnęła. — Zależy ci.

— Nie było cię, gdy w Sextilisie wziął z niecałą setnią twierdzę Danzig. Reszta obrońców sama rzuciła się na skały. Czuło się, że oto idzie Historia; my krok za nią. To nie to samo, co konwojowanie karawan i ochrona statków.

— Nie opuścimy go.

Obrócił się nagle, chwytając ją w ramiona. Forma była już całkowicie inna, Aurelia tylko odrzuciła głowę i zaśmiała się chrapliwie (Aurelia trzecia).

Ihmet pocałował ją w gorący nadgarstek.

— Moje wnuczki… jesteś młodsza chyba nawet od nich.

— Panie Zajdar, co też pan! — cmoknęła głośno.

— Pan Zajdar upalił się hasziszem, trzeba ognia, żeby ugasić ogień, oj, dopiero zadymi ci się tyłeczek.

Prychnęła mu gorącymi iskrami w twarz. Klnąc, począł gasić wąsy i brodę. Śmiała się, odchodząc. Obudzony marynarz zawołał coś do niej w gaelickim. Posłała mu w powietrzu całusa.

— Jeszcze przed pełnią! Zobaczysz! — zakrzyknął Ihmet.

— W łowach powodzi mi się zawsze! Ha!

Nie oglądając się, machnęła ręką.

Patrzył, jak skręca ku rufie i znika za podstawą masztu. A więc Księżycanka, tak. Czyż nie w ten sposób opisywał ich Elking? „O ciałach gorejących i duszach spopielonych”. Wystarczyło spojrzeć w oczy esthle Amitace. Żmija, Żmija. Od pierwszego momentu, gdy ujrzałem ją w cyrku — uśmiech, gest, spojrzenie, już wtedy próbowała pochwycić mnie w sieć, zmanipulować. Esthlos Berbelek tego nie widział, bo on pragnął zostać zmanipulowanym; ale w ten właśnie sposób człowiek się uzależnia: nie widzi już siebie, tylko swoje odbicie w cudzych oczach, i stamtąd czerpie morfę. Nawet gdy potem, w Afryce, Amitace mu ulegała — ulegała mu, ponieważ takiego właśnie Hieronima Berbeleka chciała: który wymuszałby uległość. Ona, a raczej jej Pani, Księżycowa Wiedźma. Teraz Berbelek budzi w Europie nowy sztorm historii, podnosi falę starych nienawiści, że nagle modnie, słusznie i jedynie właściwie jest odwrócić się od Czarnoksiężnika i wznieść sztandary przeciwko Moskwie, że taka jest Forma końca wieku. Wszyscy wiedzą, dlaczego to robi, wszyscy znają jego imię i jego zemstę, tak, Berbelek sam stanowi tak oczywisty element historii, że nikt o nic nie pyta. I sam nie pytałem, morfa jest przemożna: Powrót Berbeleka. Tak jest modnie, słusznie i jedynie właściwie. A Wiedźma świetnie o tym wie: nikt nie będzie dociekał motywu ukrytego, gdy istnieje jawny, tak oczywisty. Potrzebowała kogoś, kto powiódłby ich na Czarnoksiężnika — i znalazła Hieronima Berbeleka, narzędzie idealne. Trzeba było tylko przywrócić go do życia. Przyciągnąć do Form potęgi, jeszcze zamącić w głowie bajkami o wszechświatowej kakomorfii, zgubie jego syna, kłamstwo tak wielkie, że nieobalalne przez samą swą wielkość — i już: bezpieczna zemsta cudzymi rękoma. A Szulima nadal mąci mu umysł, obecna czy nieobecna, zatruwa mu psyche, czarny szczur IIlei. Z tego zaklętego kręgu nie ma wyjścia. Splunął za burtę. Muszę samemu ją zabić, zabiję Żmiję. Zanim wyprawi go na śmierć. Jemu nawet nie ma o tym co wspominać, nic nie widzi. Ktoś go jednak powinien bronić przed Księżycem. A nie Aurelia przecież.

Szalupa Nabuchodonozora mijała powoli rozciągnięty na falującym morzu pawi ogon węża morskiego.

* * *

Aurelia Krzos zeszła rufową schodnią na pierwszy podpokład, skręciła w główny korytarz i stanęła przed drzwiami do kabin pasażerskich. Gdy „Filip” nie przewoził pasażerów, rezerwował je kapitan, Otto Prünz, tudzież właściciel; teraz zajął je wszystkie strategos Berbelek, jako że istotnie był współwłaścicielem „Filipa Apostoła”, jak i całej floty handlowej Domu Kupieckiego Njute, Ikita te Berbelek.

Перейти на страницу:

Похожие книги