— Prawda jest taka — rzekła Anna Ormicka — że Illea po prostu wykorzystuje sytuację.

— Oczywiście — sarknął strategos. — Tak samo jak ja, tak samo jak wy. Na tym to przecież polega. Dopiero stalibyście się podejrzliwi, gdyby ktoś działał bez widoku na osobiste korzyści!

— Ale wiesz, co pomyśli większość. Wygnaliśmy Illeę, mamy Czarnoksiężnika. Pozbędziemy się Czarnoksiężnika…

— Ona nie zamierza wracać.

— Tak mówi.

— Od kiedy to Wdowiec stanowi gwarancję bezpieczeństwa przed Illeą? A przede wszystkim pozbędziecie się Skoliozy. Tu nie ma alternatywy, z adynatosami nie ułożycie sobie żadnej współpracy, nie wypracujecie równowagi, nie zamkniecie granic przed kakomorfią.

— Toteż przyjęliśmy twoją ofertę, esthlos — zaburczał basem Olaf. — Otworzyliśmy dla ciebie fronty i rozważamy twój plan. Na te spotkania przypływają już najwięksi wrogowie Illei. Doceń to.

— Powinieneś wznieść sztandar Księżyca, kyrios — odezwała się Aurelia, wróciwszy z trzecim pucharem.

Obejrzeli się na nią wszyscy.

— Prędzej czy później… — wzruszył ramionami Lapides.

— Kiedy ruszycie na adynatosów, w sfery nadziemskie, będziecie musieli skorzystać z jej floty, z jej ludzi. Chcecie czekać z ujawnieniem do ostatniej chwili? Wasi właśni królowie uznają was za zdrajców.

— Jeszcze się to całe przymierze może rozpaść — mruknął Jakub. — Jeszcze nie masz gwarancji większości kratistosów. A przede wszystkim — jeszcze nie pokonałeś Czarnoksiężnika, esthlos. A nie zostawimy sobie za plecami jego i Skoliodoi. Wszystko po kolei.

— Ale wiecie, jak to będzie wyglądać. — Lapides przegryzł pszenne ciastko. — W ostatnim momencie każdy kratistos zacznie kombinować, jak by tu się wykręcić i pod nieobecność innych wydrzeć jak najwięcej dla siebie.

— Dlatego mówię: nie zabijać Czarnoksiężnika — nacisnął Jakub. — Jeśli wygnamy go z Ziemi i ucieknie do tych swoich adynatosów, nikt nie będzie kombinował, bo niebezpieczeństwo pozostanie nazbyt realne: pójdą, żeby go wykończyć, jego i ich.

— Taniec na ostrzu noża — skrzywił się Lapides.

— Mauzalema nie wyraża na to zgody — rzekł sucho Mussija. — W grę wchodzi jedynie natychmiastowa egzekucja Roga. To jest żelazny warunek.

— Wystarczy, że będziemy w większości — stwierdził Berbelek, przysiadłszy na krawędzi stołu. — Reszta nie ośmieli się wówczas niczego zrobić pod waszą nieobecność. Bo że zlikwidować trzeba nie tylko Czarnoksiężnika, ale i jego arretesowy pomiot, nikt, mam nadzieję, nie wątpi.

— Och, z wyjątkiem Siedmiopalcego istotnie nie znajdziesz nikogo, kto darzyłby Wdowca jakąkolwiek sympatią — zauważył Jakub ibn Zaza. — Nie o to tu przecież chodzi. Wszyscy zgadzamy się, że to zakała świata, czarny kratistos i trucizna kerosu. Niemniej istnieją pewne obyczaje, niepisane prawa, sposób postępowania między Potęgami, pewna forma stosunków między nimi. Jeśli więc teraz złamiemy ją i wrócimy do tradycji Wojen Kratistosów, tradycji Wygnań najsłabszych i najsilniejszych… Co stanie na przeszkodzie zmówić się jakiejś innej koalicji przeciwko, powiedzmy, Jozefowi Sprawiedliwemu i Huratom albo Hebanowemu Meuzulekowi?

Strategos założył ręce na piersi.

— Czyżby Józef zabrał się nagle za czarny pitagoreizm i kumał z adynatosami? — spytał zimno. — Ajajaj, to są szczegóły, jakiś pretekst znajdzie się zawsze.

— Szczegóły! Skoro nie mamy prawa bronić się przeciwko kakomorfii, to może od razu się poddajmy!

— Nikt się nie poddaje. Mówię tylko, że w ten sposób łamiemy tradycję i konstytuujemy nową. Czy naprawdę będzie się nam ona podobać?

— Jak mądrze mówisz, czapki z głów — tylko taki drobiazg: czy mamy jakieś inne wyjście? — zirytował się Lapides. — Był spokój tyle wieków, od ostatniej Wojny Kratistosów, więc stan istniejący przyjmujemy za dany na wieczność. Lecz żaden Bóg nam go nie zagwarantował. Trzeba walczyć. Postać świata zawsze jest jedynie odbiciem aktualnego stosunku sił między Potęgami.

— Taaa — ziewnął Jakub. — Dziwne tylko, że wszyscy, którzy się tu z tym zgadzamy, albo jesteśmy starymi wrogami Czarnoksiężnika, albo sprzymierzeńcami Wiedźmy. Cóż za zbieg okoliczności! He, he, he.

— Rano miałem wspólne poselstwo od Urjanny i Anaxegirosa — rzekł Berbelek. — Będziemy jeszcze negocjować jutro. Inni też przypłynęli nie tylko po to, by wysłuchać pustej oferty. Przyłączą się.

— Oczywiście — przytaknął Jakub, przyglądając się koniuszkowi swej starannie zaplecionej brody. — Skoro zobaczą, że zwyciężasz. Przyłączą się do zwycięzcy, tak.

* * *

Po wyjściu szczurów zostali na chwilę sami. Porte zajrzał do wnętrza kabiny, ale ledwo otworzył usta, by zapytać o śniadanie, pochwycił spojrzenie pana i cofnął się z progu w głębokim ukłonie, siwa głowa tylko mignęła w uchylonych drzwiach. Aurelia sama pozbierała naczynia i popielnice po gościach.

Strategos otworzył szeroki bulaj, wpuszczając chłodne powietrze, i usiadł z ciężkim westchnieniem w największym z foteli, nogi w skórzanych jugrach wyciągając na środek salonu.

— Mówiłam szczerze — odezwała się Aurelia, gasząc kadzidło. — Powinieneś wznieść sztandar Księżyca, kyrios.

Перейти на страницу:

Похожие книги