Aurelia przypomniała sobie te wypalone przez słońce na żółtą kość mury przedwiecznych cytadeli, toporne budowle wyrastające gdzieś spośród gorących piasków, i chudych strażników na ich krenelażach, dachach, wieżach, zakutanych w czarne burnusy, tylko oczy świeciły spomiędzy zawojów. Zza pleców wystawały im wyszczerbione keraunety o absurdalnie długich lufach pokrytych wypalonymi w pahlavi wersetami Koranu. Półdzikusi patrzyli na nią z pogardą — dopóki nie stanęły w płomieniach ich zapiaszczone szaty. Piasek, piasek, piasek, w powietrzu, w wodzie, w skórze, straszne wiry piaskowe idące wprost z serca pustyni. Niektóre to tylko ślepe fenomeny aeru i ge, a niektóre — objęte Formą życia, prawdziwe dżinny, groźniejsze od największych anairesów księżycowych. Wszyscy wówczas kryją się we wnętrzu owych bezokiennych budowli o ścianach grubych na dwa pusy i przeczekują wycie geozoonów, dzień, noc, dzień. Takie jest życie ludów pustyni. Lecz nie owych plemion wędrownych, uznających tylko morfę Kamienia, rozproszonych po pustkowiach piasku i słońca. Oni to przemycali Berbeleka i jego ludzi do Babilonu i z powrotem, milczący jeźdźcy wielbłądów i humijów, nigdy nie odsłaniający twarzy, o Formie twardej jak głaz, oszlifowani przez najwścieklejsze chamsiny. Słyszała, że znają język dżinnów, że rozmawiają z pustynią, z rozpędzonym piaskiem, ich kobiety wychodzą w bezksiężycowe noce na hamadę, kładą się pod gwiazdami z wyjącymi dżinnami, tak poczynają się iganazi, Daimony Chamsinu, w których żyłach toczy się czarnymi grudami Ziemia, tak jak w żyłach hyppyroi płynie Ogień. Esthlos Berbelek wyszedł owej nocy na wzgórze ruin Al-Razzy, by spotkać się i zawrzeć umowę z Mariuszem Seleukidytą. Poszła za nim w ukryciu, strzegąc go nawet wbrew jego woli, jak Pani przykazała. I zobaczyła wówczas monarchę na wygnaniu w jego prawdziwej morfie, w szacie piaskowej, powstającego ze żwiru i piachu, aristokratę iganazi — oto jak Marija Seleukidycka przeżyła była samotną ucieczkę przez hamadę i z czyjego nasienia porodziła potomka starożytnego ludu. Esthlos Berbelek zawarł z nim owej nocy honorowy sojusz — słowo, uścisk ręki i zmieszana krew — którego treści nie znała. Ileż podobnych zaprzysiężeń już widziała — być może odbierał je w imieniu Pani (w co wątpiła), tym niemniej to on i jemu przysięgano, jego Formie wierzyli.
Nalała sobie kolejną czarę midajskiego.
— Nie otworzymy tam w Pergamonie drugiego frontu — ciągnął strategos — dopóki Siedmiopalcy i Jan Czarnobrody nie ogłoszą neutralności. Nawet pierwszy front w praktyce nie istnieje, jeżdżą od potyczki do potyczki i przesuwam po kilka setni tu i ówdzie, jak mi miejscowy królik pozwoli.
Esthle Anna złożyła głośno wachlarz.
— Przecież dobrze wiesz, esthlos, że to nie jest tak, iż kratistos wzywa do siebie króla i mówi mu: „A teraz będziesz słuchał Hieronima Berbeleka”. Oni z czasem wszyscy zaczną podzielać jego przekonania i zwycięży Forma nowej odwagi, sprzeciwu wobec Czarnoksiężnika i nadziei na tryumf; ale to potrwa, a najdłużej właśnie w przypadku aristokracji. Oczywiście, im więcej zwycięstw sam im przyniesiesz i im większą nadzieję dasz, tym szybciej to pójdzie. Ale w tym momencie powienieneś już zacząć pertraktować bezpośrednio z królami.
— Gdybyś oficjalnie najął się u kogoś jako strategos — mruknął Olaf — miałbyś od razu armię do dyspozycji.
— Gdybym się najął — sarknął Berbelek — natychmiast zaczęlibyście podejrzewać tego króla o ukryte ambicje. Ja będę miał tę armię, ale czas, czas, to wszystko zabiera tyle czasu! — Walnął pięścią w stół, rozdzierając pergalon.
— Cóż znaczy kilka lat więcej? — westchnął Jakub, przeczesując palcami długą, siwą brodę. — Maksym nigdzie ci nie ucieknie, esthlos.
— Nie rozumiesz — zaszydziła esthle Rabitia. — Niecierpliwość to jego najsilniejsza broń, jeśli nią ich nie zarazi, cała reszta na nic.
— Jak brzmi ów aforyzm Kommarcha? — Jakub podrapał się w nasadę garbatego nosa. — „Nie byliśmy już młodzi, przynajmniej więc byliśmy niecierpliwi”.
Strategos dźgnął palcem w jego kierunku.
— Ty! Ty, Efrem, on powinien wiedzieć najlepiej! Czyż nie słał setek szpiegów za Nil i Suchą, czyż nie wykupywał aegipskich i axumejskich karawan? Każdy rok więcej to silniejsze Skrzywienie, głębiej i dalej rozlane Skoliodoi, mocniejszy pomiot Czarnoksiężnika. W końcu wgryzą się tak głęboko, że nie będą potrzebować żadnego wsparcia Rogal nie musi już ich przyzywać, sami przyzywają sobie posiłki zza gwiazd. Słyszeliście, co Antidektes mówił o orbicie Saturna i Wenus? Mamy może czekać, aż niebo spadnie nam na głowy, co?!
— Może przyzywają, może nie przyzywają — policzył w śpiewnej grece Jakub. — To prawda, że Rog miał babkę Żydówkę i że babrał się w pitagoreizmie, to prawda, że od wieków wyrzuca z tych uralskich hodowli jakieś poronione kakomorfie, ale —