— Sama widzisz. A tu będzie miał już wielką władzę, wielką sławę i wielkie imię. Dlaczego miałby to wszystko porzucić — dla prawie pewnej śmierci? Człowiek nie zna takiej motywacji.

Aurelia już otwarcie gapiła się na Olafa, z wpółotwartych ust wydobywały się jej obłoki gorącej pary.

— Przed czym ty właściwie próbujesz ostrzec strategosa? Czego Thor od niego chce?

Wzruszył ramionami, opuścił wzrok do wnętrza kubka.

— Nic, nic, ot, parę myśli.

Bez słowa więcej zostawiła ejdolosa Thora pod namiotem Berbeleka.

Jej własny namiot znajdował się na drugim krańcu obozu (wymusił to esthlos Hieronim). Szła szybko, patrząc pod nogi, by nie poślizgnąć się w błocie. Błoto pokrywało wszystko, sprzęty, płótna, broń, zwierzęta, ludzi.

Sądziła, że to, co ją na Ziemi zaskoczy, to będzie chłód, rozbuchana — bo starożytna w reliktach swej teleologii — flora i fauna, wszystkie te widoczne i niewidoczne zabytki tysięcy lat historii człowieka i dziesiątków tysięcy lat historii życia — czego Księżyc był pozbawiony; że zaskoczy ją bogactwo i potęga niskich żywiołów, że będzie musiała walczyć z ciągłym naporem hydoru; że wreszcie zaskoczą ją Ziemianie, ludzie o wielkiej różnorodności morf. I istotnie, zaskoczyli — naprawdę jednak po tych dwóch latach przyzwyczaić się wciąż nie mogła do czego innego: bałaganu. Bałaganu, chaosu, dysharmonii, wszechobecnego nieporządku, niestaranności, niechlujności, jakiejś tymczasowości i prowizoryczności. Czuła się nimi osobiście obrażana.

Idąc teraz przez obóz wojsk vistulskich, z trudem się powstrzymywała od grymasów pogardy i obrzydzenia. I to miał być wzór żołnierskiej karności! Morfa potężnego strategosa! Jak zatem wyglądałaby ziemska armia puszczona samopas, w morfie demokracji czy innej perwersji władzy? Druga strona tej myśli wyglądała natomiast tak: do czego byłaby zdolna armia sama z siebie poddana Harmonii, armia księżycowa — gdy nadto objąłby ją swą Formą strategos Berbelek? Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby Aurelię od udziału w Bitwie Aetherowej.

Mijani żołnierze salutowali jej uprzejmie; nawet medycy z lazaretu kłonili przed nią głowy. (Do lazaretu znoszono właśnie rannych i konających z porannego szturmu). Wszyscy znali Aurelię Krzos jako demiurgosa ognia i przyboczną strategosa, a egzotyczny wygląd i demorfunki brwi wystarczyły, by zapewnić jej tu, w Vistulii, miano maga.

Jedynie Antidektes Alexandryjczyk znał prawdę.

— Pozwól no na chwilę! — stary sofistes zawołał na nią z progu swego wozu.

Skręciła niechętnie.

— Czego?

Machnął ręką ponad jej głową, w stronę wzgórza kolenickiego.

— Nowa receptura. Cefery kanciaste, numerologia graniastosłupów. Zobacz, jak się pożar przenosi mimo deszczów. Do jutra spłonie całe miasto.

Obejrzała się na Kolenicę. Ponad nierówną linią murów rozpełzały się po bladym błękicie tłuste robaki dymu i popiołu, szybko rozgniatane i przepędzane przez silny jeszcze wiatr.

— Dotąd radzili sobie z gaszeniem — mruknęła. — Plotka głosi, że mają tam jakiegoś demiurgosa chmur.

— Nie w tym rzecz. Coraz głośniej mówi się o odsieczy Trepieja, myślisz, że ja tego nie słyszę? Mam ludzi — wskazał głową na swoich doulosów i służących, dwoje z nich było vistulskimi Cyganami — którzy rozumieją tutejszy język. Niech przyjdzie jeden suchy dzień. Wiesz, z jakiej odległości widać na niebie dymy płonącego miasta?

— I zacząłeś się bać? — Aurelia splunęła, błoto u jej stóp zasyczało cicho. — Horror zjawi się lada chwila.

— A jeśli się nie zjawi?

— W nocy strategos poprowadzi generalny szturm.

— No pięknie! Przy moim szczęściu dostanie jakimś rykoszetem w pierwszej minucie. I kto mi wówczas zapewni bezpieczny przelot na — wiesz-gdzie — kto?

— Że niby ja? — żachnęła się Aurelia.

— Nie honorujesz przysięgi swojego pana? — Antidektes aż zamachał chudymi ramionami. Był wyższy od Aurelii, a że na dodatek stał na stopniach swego wozu mieszkalnego, górował nad nią o dwa pusy. Dziewczyna zadzierała głowę. Machnie jeszcze raz, pomyślała, i podwędzę mu łapki.

Od początku nie podobała się jej umowa zawarta przez Berbeleka z Antidektesem. Strategos potrzebował Aegipcjanina głównie do przekonania szczurów wątpiących kratistosów, iż to Czarnoksiężnik stoi za Skrzywieniem i adynatosami w sferach niebieskich. Aurelia nadal nie była pewna, czy sofistes głosił te teorie z pełnym przekonaniem, czy też został opłacony do kłamstwa — w takim razie doskonale przyjął jego formę. Tak czy owak, jego ceną był przelot na Księżyc i wolny dostęp do bibliotek Czwartego Labiryntu, Esthlos Berbelek dał mu słowo. Oczywiście, martwy esthlos Berbelek go nie dotrzyma — Antidektesowi pozostaje wszakże Aurelia Krzos, Księżycanka, która jakoś przecież będzie musiała wrócić do swej ojczyzny…

— Słuchaj no — zaczęła, wziąwszy głębszy oddech, by ugasić wewnętrzny ogień — strategos żyje i będzie żył, a jeśli ty zaczniesz roznosić takie defetystyczne —

Urwała, spostrzegłszy, iż sofistes już jej nie słucha. Zagapił się w punkt ponad jej głową — nie na Kolenicę, na coś jeszcze wyżej, ponad miastem i w lewo odeń. Obejrzała się.

Перейти на страницу:

Похожие книги