Zajdar zastał Parseidy wyjątkowo dobrze strzeżone. Niczym w czas wojny, jej ulice patrolowały konne (żebrowe i jednorożcowe) patrole, a pod bramami oraz wzdłuż murów, żywopłotów i parkanów Hypatia wystawiła własne warty; na granicznych skrzyżowaniach stali Krokodyle Nabuchodonozora. Z mostu nimrod dostrzegł także wojskowe łodzie, krążące po wschodnich zatokach jeziora. Rozpoznali go jednak mamlucy Berbeleka i to wystarczyło gwardzistom Hypatii. Zapowiedział wartownikom rychłe przybycie portowych doulosów z jego bagażami, zapłacił wiktykarzowi i przekroczył bramę posiadłości.
Dom był niewysoki, jednopoziomowy, jego dachy przesłaniała z początku zieleń ogrodu. Dopiero gdy Ihmet dwakroć zakręcił, wychodząc na podjazd przed stajniami, ujrzał fronton budynku — a raczej jego niższej, naziemnej części, swoistego fauces, marmurowego zakotwiczenia na brzegu Mareotu. Z tego fundamentu wystrzeliwały nad jezioro łuki nagrzanego słońcem kamienia i skryte pod nimi schody prowadzące do obszernych korytarzy i sal, zawieszonych na blokach czerwonego oroneigesu nad wodami zatoki porośniętymi trzciną i helofitowym kwieciem. Niektóre z tych sal, jak sobie Zajdar przypominał, po siadały podłogi z grubego vodenburskiego szkła, w innych znowu pozostawiono z premedytacją wąskie szczeliny i okrągłe otwory, „piwnice” domu zaś schodziły na sam poziom ciepłych fal i cała ta powietrzno-ziemno-wodna architektura —
— Wróciłeś!
— Witam, witam naszą czarną Artemidę!
Uścisnęli się. Zueia odstąpiła na krok, by lepiej się przyjrzeć Ihmetowi.
— Jeszcze pachniesz morzem. I broda — mógłbyś się wreszcie ogolić!
— Nie poznałbym się w lustrze.
— Ale! Ten błysk w oku — jakieś nowe polowanie — powiedz — co ustrzeliłeś?
— No, no, no, pani pozwala ci tak napadać na gości? Serce może nie wytrzymać staremu człowiekowi. Ale niechże ja się przyjrzę tobie! Z każdym rokiem młodsza i groźniejsza. A coś ty zrobiła z włosami?
— Siedemdziesiąt siedem warkoczyków. Domowy doulos mi zaplata. Ta forma przyszła w tym roku od Huratów. Nie podoba ci się?
— Obróć no się.
— Próbowałam namówić esthle Amitace. Esthle Latek została z kolei namówiona przez tego jej —
Padła z przetrąconym karkiem. Nimrod dla pewności kopnął ją jeszcze lekko w skroń, czaszka rozpękła się jak młody kokos, wylały się soki.
Rozejrzał się ponownie — nikogo w zasięgu wzroku, nic się nie porusza w oknach pałacu, nikt nie przechodzi przez dziedziniec. Z wnętrza stajni dobiegają stłumione głosy, rżenie zaniepokojonych koni (wyczuły krew?), lecz wrota są zamknięte. Ujął zwłoki pod ramiona i zaciągnął w najbliższe krzaki. Wrócił, przysypał piachem plamę czerwieni. Sprawdziwszy buty i nogawki spodni (czyste), rozejrzał się po raz trzeci. Nikogo, nic, nikt.
W zawieszonej nad brzegiem jeziora głównej sieni natknął się na seneszala domu Berbeleka. Seneszal przywołał służącego, by ten zaprowadził Zajdara do esthle Amitace.
Szli szerokimi, jasnymi korytarzami, wypełnionymi zapachem i dźwiękami jeziora. Drobne łuski podłogowych i ściennych mozaik migotały oślepiająco; okna były szeroko otwarte, przelewało się przez nie w złotych kłębach afrykańskie powietrze, upał i anielska jasność. Ihmet młodniał z każdym krokiem. Lżejszy, szybszy, mocniejszy, mniej śmiertelny.
Esthle Szulimę Amitace zastali w nawodnym perystylu, zstępującym czterema coraz dłuższymi tarasami na sam poziom jeziora; na taras najwyższy wychodziło ponad tuzin drzwi tylnych sal pałacu. Perystyl otaczały hydorowe drzewa, wymorfowane z paproci, figowców i palm, część z nich już na tyle wysoka, by przykryć marmur głębokim cieniem. Między drzewami migotały pióra ibisów i flamingów.
Esthle Amitace siedziała przy hiewojowym stole po prawej stronie drugiego tarasu. Pochylona, pisała coś zapamiętale, nimrod widział tylko opalone plecy i rozpuszczone złote włosy. Na kolanach, na białym lnie jej długiej spódnicy, złożyła łeb młoda lwica. Szulima głaskała ją machinalnie lewą dłonią.
— Esthle… — zaczął służący.
Nimrod wbił mu kość potyliczną w mózg.
Rzucił się biegiem ku Księżycance. Nie zabrał ze sobą żadnej broni — nie wiedział, gdzie i w jakiej sytuacji zastanie Szulimę — ale od kiedy to broń była mu potrzebna? Przygryzł sobie język, by posmakować krwi. Polowanie! Świat ustępował pod jego żądzą.
Lwica poderwała się na nogi, odsłoniła kły. Zeskoczył na drugi taras. Rzuciła się na niego z głuchym warkotem. Przyklęknął, uderzył złożoną w klin dłonią w górę, ukośnie. Weszła jak w glinę, ciało nie stawiało Łowcy najmniejszego oporu. Wyrwał z lwicy zwój gorących jelit. Cisnął zwierzę na marmur, złapał za skórę na grzbiecie, rraaaaarrrgh, piana na ustach, trzy-cztery-pięć, roztrzaskał jej łeb. Trzepotała się jeszcze w pośmiertnych drgawkach, ogon klaskał o mokrą płytę tarasu.