Płynąc tu — najpierw na „Brucie”, potem na „Hipotamii” Kompanii Afrykańskiej — miał czas wszystko przemyśleć. Wbrew pozorom zdarza się to wyjątkowo rzadko, gdy człowiek naprawdę zastanawia się nad kształtem swego życia, spogląda na nie jako na pewną całość — jak na rzeźbę: posiada stopy i głowę, lecz znaczy coś tylko, gdy widziana w całości — i na zimno je ocenia, świadomie dokonuje wyboru kształtu docelowego. Czyż nie to w ostatecznym rozrachunku odróżnia aristokratów, lud i doulosów? Święte słowa Provegi: Niewolnik w tym podobny jest zwierzęciu, że nie panuje nad swoją formą; aristokrata w tym jest podobny bogom, że sam ją określa, on i nikt inny. Czy Ihmet Zajdar miał prawo nazwać się aristokrata? Tu złudzeń nie posiadał: nigdy nawet nie starał się przezwyciężyć swej natury nimroda, szedł przez życie od jednej do drugiej gorączki łowów, jakoś niepełny i kaleki, gdy pozbawiony zwierzyny, na której mógłby się skupić i zorientować podług niej swe dni i noce. Zawsze jednak — takim się postrzegał, zapatrzony na pieniste fale Morza Śródziemnego — zawsze to on wybierał tę zwierzynę i jego było Polowanie. Dopóki nie zapadł się w morfę Hieronima Berbeleka. Teraz bowiem nie był już pewien żadnego swojego wyboru, instynktu i maniery. Rzeźba traciła symetrię i równowagę, przechylała się niebezpiecznie na jedną stronę. Dostrzegał zmianę, chociażby przez porównanie pamięci swoich zamierzeń. Trzy lata temu, gdy rezygnował ze służby na okeanikach, ścieżka jego przyszłego życia była prosta i jasna. Miał dosyć pieniędzy, mógł spędzić owe ostatnie kilka dekad na takich polowaniach, jakie chciał, gdzie chciał. I w istocie nigdy nie podjął żadnej konkretnej decyzji, by zarzucić ten plan i miast tego oddać się w rozkazy esthlosa Berbeleka. Zresztą dokładnie w ten sposób wygląda to u prawie wszystkich ludzi. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, od Formy do Formy, narzucanych z przemieszania Form zewnętrznych, cudzych… Aż może przyjdzie taki moment w starości, albo i już na łożu śmierci, gdy spojrzawszy wstecz, ujrzymy skończony kształt naszego życia i dopiero zaskoczy nas ta figura: co za maszkara, co za bohomaz, bryła chaosu i przypadku, bez sensu, bez celu, bez znaczenia, bez piękna.

Ihmet nie łudził się, iż sam osiągnie tu jakąś niezwykłą harmonię i kalokagatię. Ale ponieważ bliżej był już końca niż początku, mógł nazwać kształt dotychczasowy i przynajmniej starać się utrzymać jaką taką konsekwencję. Konsekwencja — oto jest pierwszy wymóg każdego polowania i pierwsza cecha każdego nimroda. Nie agresja, nie dzikość, nie przemoc — te bardziej przystoją aresowi. Nimrod natomiast musi utrzymać się na raz obranej ścieżce łowów nierzadko przez lata. Raz obranej za ofiarę zwierzyny nie można porzucić w pół pogoni; to nie do pomyślenia. W tym sensie istotnie jest niewolnikiem swej natury. Można rzec, iż najbardziej jest wierny właśnie swoim ofiarom. Esthle Szulimy Amitace nie zdradził ani na sekundę od chwili pierwszego spotkania w vodenburskim cyrku. Czy strategos miał z tym cokolwiek wspólnego? Zajdar szczerze wątpił. Krew burzyła się w jego żyłach, to był głos krwi. Zabije ją, zabije Żmiję.

Posiadłość esthlosa Hieronima Berbeleka znajdowała się kilkanaście stadionów na wschód od południowego wylotu Mostu Beleuckiego, na samym końcu dzielnicy pałaców aristokracji alexandryjskiej, Parseid. Parseidy rozciągały się wzdłuż brzegów Jeziora Mareotejskiego prawie na jednej trzeciej ich długości. Dalej na południe zaczynała się już Górna Alexandria, kwartały izmaelickie, negryjskie, cygańskie, pergamońskie, induskie i dzunguowe. Posiadłość i dom Berbeleka kryły się przed ich hałasami i zapachami w gęstej zieleni parków nadmareotejskich. Ceny ziemi były tu bardzo wysokie, a że o prestiżu stanowiła wielkość ogrodu, dom strategosa wzniesiony został po większej części na fundamentach oroneigesowych, to znaczy w powietrzu, ponad błękitnymi wodami jeziora. Zajdar odwiedził go już dwukrotnie. Za pierwszą jego wizytą budynek nie był jeszcze wykończony, ogród nie domorfowany, a wysokie ogrodzenie nie ze wszystkich stron domknięte. Minął wszakże rok i posiadłość wyglądała na jedną z lepiej zadbanych. Sam Berbelek zdążył w niej pomieszkać w sumie bodaj miesiąc. Zapewne jednak nie bez znaczenia dla jej obecnego kształtu był fakt, iż stałym rezydentem pozostawała tu esthle Szulima Amitace.

Перейти на страницу:

Похожие книги