Minęli ostatnią linię okopów, behemoty osłaniały drogę do bramy. Jeśli był to ze strony Krypiera Cudzybrata jakiś rodzaj podstępu, teraz właśnie powinny się odezwać pyresidery grodu. Nic. Szli dalej. Aurelia posuwała się długimi susami u boku białego humija (płomienie furkotały za nią głośno, czerwone chorągwie). Nie spuszczała oka ze strategosa. Uśmiechał się krzywo pod nosem.
W Kolenicy odezwały się dzwony świątynne. Najpierw jeden, zaraz dołączył drugi i trzeci; wkrótce biły chyba wszystkie, to musiało zostać z góry zaplanowane.
Behemoty dotarły do nasypu pod bramą, podwójnym szeregiem gigantycznych cielsk osłaniając piechocie bezpieczne podejście pod mury. Żołnierze vistulscy z przyczółka zabramnego wychylili się zza muru i ruiny po murze i poczęli dawać zbliżającemu się galopem strategosowi jakieś znaki, coś krzyczeli. Rzecz jasna, w całym tym hałasie ich słowa były nie do rozróżnienia.
W tym momencie Aurelia uniosła wzrok i spostrzegła poruszenie na blankach, za czwartą basztą, basztą południowowschodnią.
Wskazała je Berbelekowi ręką, ogniem i ruchem.
— Poddają się!
Kolenica wywiesiła białą flagę.
Vistulskie wojsko wszczęło radosny harmider. Strategos podniósł prawicę i trębacz dał długi sygnał na Gotój! a setnik Horroru zagwizdał przeciągłe. To również mógł być podstęp. Szli dalej.
Hieronim Berbelek wjechał do Kolenicy poprzedzony przez dwa największe behemoty, które do reszty zgruzowawszy południową bramę miasta i dookolny mur, zabrały się od razu za rozdeptywanie wysoko spiętrzonych barykad ulicznych.
Za oknami i na dachach okolicznych budynków mogła się kryć setka Moskwian z keraunetami. Strategos nie zsiadł, nie skrył się za barykadą Vistulczyków, każdy bez problemu mógł go ustrzelić, na białym humiju, w lśniącym napierśniku, z gołą głową i odkrytą twarzą, pod rodowym sztandarem, był widoczny i rozpoznawalny z daleka.
Nie strzelał nikt.
Od ocalałej po przejściu behemotów bocznej barykady podbiegł Seoc Nogacz, stary setnik gaelickiej piechoty.
— Nie ma ich, esthlos. Wycofali się kilkanaście minut temu, wszyscy. Tam stały kartaczownice — nic, zabrali ze sobą. Popatrz, esthlos!
Z lewej, z głębi najbliższej przecznicy wybiegł koń wierzchowy w pełnym rzędzie, z przywiązanym do łęku białym prześcieradłem. Podkute kopyta biły twardo o bruk. Zarżał, zakręcił w miejscu, pognał z powrotem, prześcieradło ciągnęło się za nim niczym tren.
Strategos zsiadł z humija. Skinął na Obola i Jannę.
— Wchodzić piechotą kwartał po kwartale. Najpierw mury i wieże — Seoc poprowadzi. Za mną Horror. Przerwać ostrzał. I niech ktoś powstrzyma tych szeolskich dzwonników! Idziemy.
Na ulicach ani żywego ducha. Chmury dymu z płonących dzielnic (północnozachodniej, zachodniej) unosiły się na bezwietrznym nagle niebie niczym uwidy cmentarne; a szli mniej więcej w tamtym kierunku, pod dywan popiołu, ku łunie pożarów. Aurelia wysunęła się o pół kroku przed strategosa. W tej pustce i bezruchu, w ciężkich cieniach wieczornych, w smrodzie ziemskiego miasta — odczytywała dziesiątki niejasnych gróźb, zagrożenia oczywiste i jedynie przeczuwane, dla siebie i dla niego. To już nie była wojna, to coś innego, coś więcej, tak się nie postępuje na wojnie.
Przypomniała sobie jedno z ulubionych powiedzeń ojca: „Nie wystarczy, że odniosę zwycięstwo. Moi wrogowie muszą jeszcze przegrać”.
Strategos Berbelek szedł powoli (za nim czarne szeregi Horroru, najeżone podwójnymi, potrójnymi lufami i krzywymi ostrzami), rozglądając się na boki, przystając na każdym skrzyżowaniu. Trzymaną w lewej dłoni lornetą postukiwał o wysokie cholewy kawaleryjskich jugrów. Z ciekawością zaglądał w perspektywę mijanych przecznic. Musiał był dobrze zapamiętać te ulice. Uśmiechał się ironicznie.
Rynek. A w każdym razie plac, ku któremu zbiegają się ulice. Pośrodku dwie studnie o niskich cembrowinach. Przede wszystkim jednak — ludzie. Po raz pierwszy spotkali żywych obrońców Kolenicy.
Nie byli to zresztą sami koleniczanie, lecz żołnierze Uralu i Moskwy: kilkunastu zbrojnych przysiadłych na cembrowinach i stojących wokół nich. Więcej żołnierzy stało z tyłu, w dwóch wąskich uliczkach — paru na koniach, wszyscy z bronią w rękach. Aurelia wypatrywała sztandaru Aszawiłły. Sytuacja była co najmniej dziwna, oni wszyscy zdawali się na coś czekać. Czyżby istotnie oczekiwali nadejścia Berbeleka?
Będzie się potem wielokrotnie zastanawiać: co tu się właściwie działo? Co się rozegrało w Kolenicy przed wejściem Berbeleka z wojskiem, że wszedłszy, zastali taką sytuację, jaką zastali, ten milczący, nieruchomy teatr wokół studni oraz gotowych do ucieczki żołnierzy ściśniętych w północnych ulicach? Co oni sobie powiedzieli, co pomyśleli, co robili — zanim zapadła kurtyna pełnej przerażenia ciszy?