O świcie Mariusz Gesomata zwinął obóz i wyruszył wraz ze swymi ludźmi w długiej karawanie wielbłądów i humijów naprzeciw podnoszącemu się Słońcu, w drogę przez Sadarę, przez Nil i Morze Erytrejskie, i na północ przez Efremowy Dżazirat al’Arab, do Amidy, miasta swych przodków. Nie miał jeszcze armii, ale miał sztandary.

W Oazie Zazdrosnego Szkieletu pozostały tylko cztery humije i dwa z nich były przeznaczone dla strategosa i Księżycanki. Aurelia odmówiła, nigdy nie dosiadała żadnych wierzchowców. Będzie biegła obok zwierząt, wraz z negryjskimi wojownikami. Zdjęła kouriffę, by nie krępowała jej ruchów. Wojownicy szczerzyli do niej krzywe zęby. Strategos powiedział jej, że nazywają się N’Zui, a ten, który ich prowadzi, to ich nowy wódz, N’Te; niedawno zabił ojca i był w wielkim poważaniu. On jeden posiadał keraunet. Szczerzył się do Aurelii najradośniej.

Strategos zapisał coś jeszcze w swoim dzienniku i dał znak ryktą. Negrzy podnieśli jękliwy zaśpiew. Rykta wskazywała na północ, w morfę cywilizacji, w stronę Aegiptu i Alexandrii. Słońce wspinało się coraz wyżej ponad horyzont, w jego wielkiej, jasnej tarczy, w którą tylko Aurelia mogła spoglądać, roztapiały się figurki amidańskich powstańców, jeszcze tylko błysnęło złoto Mariuszowego sztandaru — i zniknęli w świcie.

Strategos smagnął humija, Aurelia doskoczyła do boku zwierzęcia, piasek zamienił się w szkło pod jej stopami — biegnąc w ogniu, pozostawiała za sobą ślady pioruna.

— Nnnyaaaiiii! — zakrzyknęli N’Zui. Strategos zaśmiał się pełną piersią.

— Tak upadają imperia! — Machnął ryktą, obejmując gestem pół setki nagich Negrów uzbrojonych w krótkie dzidy i bawole tarcze. — Tak imperia powstają!

20 Martius 1197 PUR, Dies Jovis. Za dwa miesiące Mariusz Seleukidyta zasiadać będzie na tronie Amidy lub będzie martwy, odniesie tryumf lub upadnie w proch; a Hieronim Berbelek wraz z nim.

<p>Τ</p><p>Państworództwo</p>

— Bardzo twarzowa suknia.

— Dziękuję, esthle.

— To peruka, prawda? Tak.

— Zaraz, ty chyba…

— Ryter Aurelia Krzos.

— Ach. Rzeczywiście. Ojciec pisał mi o tobie.

— Esthle.

— Alitea, dla ciebie Alitea. Raz chyba uratowałaś mu życie.

— Dwa razy.

— Ha, słusznie, nie należy być bezczelną w skromności. Musisz mi wszystko opowiedzieć. Właściwie dlaczego wcześniej się nie spotkałyśmy?

— Słyszałam o twoim narzeczonym. Bardzo mi przykro.

— Teknitesi somy nie odstępują od jego łoża, w końcu stanie na nogi. Ciekawam tylko, czy w ogóle go wtedy poznam. Lubisz wina chremickie?

— Esthle.

— Proszę.

— Jesteś bardzo piękna.

— Dziękuję. Lata pracy i Nabuchodonozor. Chodź, usiądziemy w karium.

Muzycy zmienili melodię, rozległy się oklaski, kilka par wyszło z sali tańców na perystyl. W czarnej tafli Jeziora Mareotyjskiego odbijały się miliony gwiazd i jasnoczerwony sierp Księżyca. Pochodnie na łodziach strażników układały się w ciemności aegipskiej nocy w krętą linię wzdłuż wschodniej zatoki. Nad nimi, po Moście Beleuckim, przesuwały się płaskie cienie pieszych i zwierząt, wiktyk i wozów — Alexandria nigdy całkiem nie zasypia.

Karium mieściło się na trzecim tarasie, przy granicy wody. Usiadły pod łukiem z czarnych lilii — kwiecie dzunguońskiego morfunku, jego woń bardziej już zwierzęca niż roślinna.

Esthle Alitea Latek sączyła wino, spoglądając w zamyśleniu na galerię żywych posągów.

— Towarzyszysz mu wszędzie i na pewno

— Nie wszędzie.

— Ale nikt nie jest bliżej niego, prawda? Właściwie dlaczego cię wybrał?

— Nie wiem, esthle. Byłam młoda, naiwna.

— To źle? — Alitea zaśmiała się cicho. — Jestem młodsza od ciebie.

— Wy jesteście inni.

— My? Ziemianie?

— Wy, aristokraci.

— Ongiś ryterów uważano za aristokratów…

— W rzeczywistości jesteś starsza ode mnie.

— Naiwność to bardzo cenna cecha.

— Ale nikt naprawdę naiwny o tym nie wie, czyż nie tak?

Zaśmiały się zgodnie w przyjaznej morfie, Alitea trąciła Aurelię w ramię i przybrała na moment karykaturalnie poważną minę. Księżycanka śmiała się złotymi iskrami i błękitnym dymem, malutkie płomyczki spływały z jej głowy na ramiona, piersi, plecy. Alitea odstawiła czarę z winem i trzepocząc wachlarzem, podniosła tę falę iskier w nocne niebo. Obserwowały je, aż iskry zniknęły poza granicą tarasu. Kilka skręciło i spadło na naoliwioną skórę żywego posągu, doulos wzdrygnął się mimowolnie. To na nowo rozweseliło dziewczęta. Księżycanka zdjęła czarną perukę. Alitea wytrzeszczyła oczy. Ze śmiechu aż wpadła w czkawkę; to zdecydowanie nie był jej pierwszy kielich wina tego wieczoru. Aurelia uderzyła ją w plecy. Alitea podskoczyła na ławie, oparzona; lewy pierśczyk błysnął srebrno, spadając między lilie.

Pochyliły się, wypatrując diamentowej ozdoby.

Перейти на страницу:

Похожие книги