Alitea przytknęła w zamyśleniu złożony wachlarz do lewego nozdrza. Jeszcze przed chwilą unosiła brwi i kręciła głową; teraz patrzyła na Księżycankę ze spokojem i być może nawet lekkim rozbawieniem.
— A adynatosi? Sojusz przeciwko kakomorfii.
— Oczywiście, esthle, to jest cel główny.
— Nie liczy, że strategos przeżyje.
— Nie. Jeśli istotnie poprowadzi w aetherze atak na ich kratistosa… Nie. Pozostaniesz ty.
— Abel zginął w Skoliodoi.
— To od początku musiała być kobieta, morfa kobiety.
— Mogłam zginąć ja.
— Nie wiem. Mogłaś?
— Dlaczego nie jakąś Księżycankę, na pewno ma inne dzieci, dlaczego nie kogoś z Labiryntu, kogo zna?
— Aepicjanie, Ziemianie mają zaakceptować zwierzchność. Tak się domyślam; sama rozważ. Ktoś spośród nich, związany z ich krwią — ale tak naprawdę morfa Pani. Inne ciało i imię tego samego bóstwa.
— Urodziłabym Dawidowi córki. Tak.
— Początek Dynastii Kollotropyjskiej. Po upadku Imperium Uralskiego… Na wschód, na południe, do Żółwiej Rzeki i poza nią, wszystkie Złote Królestwa, i na północ, powrót do Kaftoru, pusty tron w Knossos…
— Widzisz to.
— Widzę. — Alitea potrząśnięciem głowy odrzuciła na plecy zaplecione w drobne warkoczyki włosy, wyprostowała się, spojrzała hyppyresowi prosto w oczy. Dotknęła wachlarzem piersi Aurelii. — Komu służysz? Do kogo należysz? Dlaczego mi to zdradzasz?
Aurelia pochyliła głowę.
— Właśnie dlatego. Jestem ryterem Pani, jej winnam pierwszą lojalność.
— A zatem?
— Pod jakimkolwiek imieniem i w jakimkolwiek ciele by się objawiała.
Aurelia uklękła przed esthle Latek, kaftorska suknia momentalnie nabiegła zimną wodą Mareotu. Aurelia przycisnęła twarz do białego lnu spódnicy esthle.
— Despoina.
Alitea złapała ją szybko za ramiona, poderwała.
— Wstań! Bo cię zobaczą! Nie jestem nią.
— Spójrz na Lakatoię. Także przecież nią nie jest. — Zamilcz już. Muszę pomyśleć.
Aurelia energicznie otrzepała suknię z wody, z tkaniny Podniosły się z sykiem strużki pary. Obejrzała się w górę perystylu. Esthlos Berbelek wydał ucztę — z teatrem, muzyką i tańcami — dla elity aristokracji Alexandrii; prawie wszyscy przyjęli jego zaproszenie. Alexandryjskie gazety pisały o „finansowanej z prywatnych źródeł armii Hieronima Berbeleka” i o „historycznym zwycięstwie Pioruna Vistulii w Kolenicy”. Ilość fantastycznych plotek na temat zamiarów Berbeleka, jakie Aurelia dotąd usłyszała od gości (a nie minęła jeszcze północ), przekraczała wszelką miarę; plotkarze przeczyli sami sobie w kolejnych rozmowach, rosła piramida absurdu.
Być może to właśnie Forma tego wieczoru sprowokowała Aurelię do wyznania córce strategosa własnych przypuszczeń; a może owa Forma nagłej serdeczności i familiarności, gdy razem śmiały się i szukały pierśczyka. Rzeczy najmniejsze przesądzają o rzeczach największych. Im dłużej esthle Latek milczała w zamyśleniu, tym bardziej była Aurelia pewna swego osądu. Ten ruch nadgarstka. Ten ton głosu. Uniesienie głowy, lekki uśmiech, spojrzenie szeroko otwartych oczu, te oczy, tak samo zielone. I morfa jej bezruchu. Jak wczoraj, gdy Panna Wieczorna spojrzała na Aurelię. „Opowiedz mi” — dwa słowa, tyle rzekła. Aurelia mówiła przez godzinę.
— Chodź.
— Esthle.
— Opowiedz mi dokładnie. Nabuchodonozor, Szulima, strategos, warunki. Nie, czego się domyślasz, ale co słyszałaś.
Wróciły do sali tańców. Aurelia starała się nie podnosić głosu ponad szept; odruchowo też cofnęła się, pozostając pół kroku za esthle Latek. Tak przesuwały się między gośćmi, między służącymi, doulosami, muzykami i tańczącymi, o tej porze wszyscy się już mieszali, zaplanowany przez gospodarza porządek przyjęcia poddawał się pod naciskiem chwilowych presji towarzyskich. Czwarty raz grano jamedię, bo o nią wołano najgłośniej. Jamedia stanowiła kompromis między klasycznymi koreiami, wykonywanymi przez najmowanych specjalistów, a „rytmiką pospólstwa”, pochodzącą morf północnych. Tańczyło ponad dwadzieścia par. Z sali kolumnowej, zza wodnych zwierciadeł, dochodziły co chwila wybuchy śmiechu: tam występowała trupa komediantów z Krokodylopolis, dająca przedstawienie wyśmiewające się wulgarnie z Hypatii i aegipskich aristokratów — aristokraci śmieli się najgłośniej. Paliły się wysokim płomieniem wszystkie lampy pyrokijne, pod zwierciadłami zawieszono dodatkowe lampiony: światło przepalało kolorowe szaty, wkłuwało się pod skórę gości, cienie nie istniały, światła było aż za dużo, wylewało się na zewnątrz burzowymi falami, na perystyl i na jezioro, wraz z głośną muzyką. Kiedy bawią się aristokraci, wie o tym pół Alexandrii.
Alitea i Aurelia przemknęły wzdłuż ścian, raz tylko zatrzymawszy się na dłużej, gdy stary Kadiusz Ptolemeusz zagadnął esthle Latek o jej ojca i nie przyjął „Nie wiem” za odpowiedź. Aurelia istotnie nie mogła nigdzie dojrzeć ani strategosa Berbeleka, ani Panny Wieczornej.