Pan Berbelek pozwolił Kristoffowi mówić — kto rozsądny próbuje zatrzymać wodospad? — nie zważał już jednak na słowa i nie rejestrował treści. Kristoff zwracał się zresztą do Zajdara, a Pers uśmiechał się doń uprzejmie i kiwał głową. Hieronim błądził zaś wzrokiem po błoniach, między wozami, namiotami, nad głowami tłumu i w tłumie. Widzowie napływali powoli, a wraz z nimi — sprzedawcy kwiatów, parasoli, wachlarzy, słodyczy, wina, topornych stołków, kieszonkowcy, żebracy i szemrani demiurgosi ciała, wszyscy gromko zachwalający swe towary i usługi, szum ludzkich głosów przykrywał błonia grubą kołdrą. Im większy tworzył się tłok, im więcej ludzi się zbierało, tym wyraźniej pan Berbelek czuł zniecierpliwienie i podniecenie zbliżającym się widowiskiem. Zdawał sobie sprawę, że spora część przyjemności czerpanej z podobnych przedstawień ma swe źródło nie w samych oglądanych cudach i dziwach, lecz w fakcie, iż ogląda się je wraz z innymi, dziesiątkami, setkami innych ludzi. Nic dziwnego, że aktorzy wychodzący na scenę przed nieprzyjaźnie nastawioną widownię stają niemi i sparaliżowani. Toż musieliby być wysokimi aristokratami, by móc się wyłamać z sytuacji, odwrócić formę, przeciągnąć publiczność na swoją stronę…
Pan Berbelek drgnął, zatrzymawszy wzrok na linii bocznych barierek, dłoń z tytońcem zawisła tuż przy ustach. Oto esthle Szulima Amitace — zapłaciwszy strażnikowi i odesławszy swego niewolnika, wchodzi właśnie do zamkniętego kwartału widowni. Pochwyciła spojrzenie Hieronima i odpowiedziała ruchem wachlarza, lekkim uśmiechem. Pan Berbelek wstał i ukłonił się jej ponad rzędami pustych jeszcze krzeseł i law. Nie miała wyjścia, musiała do niego podejść. Njute podążył za wzrokiem Hieronima i przerwał swą perorę; teraz już wszyscy obserwowali w milczeniu zbliżającą się kobietę. Lecz jej nawet brew nie drgnęła, sekretny półuśmiech nie zmienił się ani na jotę, nie przyśpieszyła kroku i nie usztywniła ruchów, ich wzrok nie był w stanie w żaden sposób ją zmienić.
Pan Berbelek odrzucił i przydeptał tytońca; stał z rękoma splecionymi za plecami, lekko pochylony. Nie odwracając od esthle oczu, liczył uderzenia swego serca. Jest piękna, jest piękna, jest piękna. Pożądam, pożądam. Tych zielonych oczu patrzących tylko na mnie, tych długich palców zaciskających się na moim ramieniu, tych jasnozłotych włosów pod moją dłonią, tych wysokich piersi pod moimi wargami, tych ust uśmiechniętych — nie uśmiechniętych, wykrzykujących nieprzyzwoitości pod morfą mojego pożądania. Chodź tu do mnie!
— Esthle.
— Esthlos.
Podała mu dłoń. Ucałował wnętrze nadgarstka, pochylając się lekko (była wyższa od niego). Gorąca skóra sparzyła jego wargi, szmaragdowe ślepia węża-bransolety zajrzały mu prosto w oczy. Rozpoznał także owo pachnidło znad Nilu, gorącą, zwierzęcą woń, przyjemną i drażniącą zarazem.
— Pozwoli esthle, że przedstawię moją żonę… — zaczął Kristoff, odchrząknąwszy.
Usiedli. Między rzędami widowni przechodził sprzedawca słodkich tulipanów i pan Berbelek z myślą o Ablu i Alitei kupił pół tuzina. Szulima wydęła policzek. Podał jej jeden ze smażonych kwiatów. Ugryzła, oblizując się szybko; pojedynczy ocukrowany płatek spadł jej na pierś. Pan Berbelek wyciągnął lewą rękę, ujął powoli płatek między kciuk i palec wskazujący, uniósł dłoń, wsunął sobie płatek na język, rozgryzł, słodycz spłynęła po gardle, przełknął. Esthle Amitace trwała przez ten czas w bezruchu, obserwując go uważnie, tylko piersi falowały lekko w rytm spokojnego oddechu, wilgotny ślad po płatku pozostał nad ciemnym sutkiem.
— Nie wiedziałem, że jesteś kristjanką — odezwał się Njute, by rozbić formę nagłej intymności esthlosa Berbeleka i esthle Amitace; wszystkich innych wykluczała ona w niezręczne milczenie. Wskazał naszyjnik Szulimy ze srebrnym krzyżem.
— Ach, nie. — Uniosła wisiorek, jakby po raz pierwszy mu się teraz przyglądając. — To krzyż łamany. Już kilka tysięcy lat przed Alexandrem używano go w magii i obrzędach.
Jak zwykle, słuchając jej głosu, pan Berbelek próbował zidentyfikować akcent Szulimy. Jej ocki był miękki, z rozciągniętymi samogłoskami i pojawiającym się nieregularnie przydechem, jakby mówiła tylko do ciebie i mówiła w sekrecie, tłumiąc głos przed innymi. Człowiek mimowolnie pochylał się ku niej, przekrzywiał głowę.
— Interesujesz się, esthle, starożytnymi kultami? — wtrącił pan Berbelek, by podtrzymać rozmowę.
Szulima spojrzała nań ponad wachlarzem.
— To nadal są niebezpieczne sprawy — rzekła.
— Niebezpieczne?
— Starzy bogowie tak łatwo nie odchodzą — zauważył Ihmet Zajdar. — Pozostaje to poczucie, że oni byli jednak bardziej… prawdziwi.
— Krew kozła i wycie do Księżyca — mruknął z pogardą Kristoff.
Esthle Amitace westchnęła głośno.
— Czy naprawdę musimy teraz o tym rozmawiać? Przyszliśmy tu zabawić się, a nie prowadzić religijne dysputy.
— Piękno zawsze przyciąga uwagę — uśmiechnął się pan Berbelek, wskazując wzrokiem srebrny gammadion między piersiami esthle.