Z alei palmowej zeszli w niższe przedmieścia. W cienistych uliczkach trwał tu nieprzerwanie jeden wielki suq. Zdawało się, że każdy mieszkaniec tej dzielnicy czymś handluje, coś sprzedaje, a przynajmniej jest gotów sprzedać, skoro tylko wyrazi się najmniejsze zainteresowanie jego ubraniem, domem, dobytkiem, dziećmi. Towary wykładano na schodach, w oknach, na balkonach, bezpośrednio na ziemi bądź na prowizorycznych straganach. Anton szybko wyjaśnił, że tu naprawdę wierzy się w „stragany głupców” — że tylko głupiec podszedłby i wdał się w bezpośrednie targi. Wystarczy podjąć z handlarzem rozmowę, wystarczy, że cię dotknie, ujmie za rękę — ani się spostrzeżesz, a minie godzina, a ty zostaniesz ze stertą niepotrzebnych rzeczy, wydawszy wszystkie swe pieniądze, do ostatniego grosza. Jak mówi neurska mądrość ludowa, co drugi izmaelita to demiurgos chciwości. A tu, w Vodenburgu, spotkać można Persów, Indusów, Arabów, Negrów i Aegipcjan przybyłych prosto spod Nabuchodonozorowego słońca. Neurczycy wciąż widzą w nich egzotycznych magoi, którzy zwykłych, „glinianych” ludzi bez trudu naginają do swej morfy. Nie było jasne, czy Anton podziela to przekonanie, czy nie, gdy tak opowiadał obszernie o vodenburskich obyczajach i objaśniał rytuały. Należy kupować przez pośrednika albo przynajmniej zachowując odpowiedni dystans, nie odzywając się, wskazując jeno długim kijem konkretne towary. Abel i Alitea swoje zamówienia przekazywali Antonowi szeptem. On każdorazowo zaczynał od wskazania całkowicie innego przedmiotu. Tłok o tej godzinie był zresztą na tyle duży, że brat i siostra nieraz zmieniali zdanie, niepewni swych pragnień pod rozpulchnionym kerosem.
I tak z uliczki w uliczkę, z placu na plac, a za rogiem zawsze coś jeszcze bardziej atrakcyjnego — zanosiło się na to, że nigdy się stąd nie wydostaną. Nikt nie jest całkowicie odporny na morfę suqu, nawet biedak może zostać pochwycony w pajęczynę bezsilnych pożądań; zwłaszcza biedak. Anton zakupił między innymi smukły gocki kandżar z czarnej, purynicznej stali, z rękojeścią wykutą w kształcie łba świętej kobry (dla Abla) oraz drewnianą kostkę pitagorejską i komplet bransolet nakostkowych, rzekomo pochodzących z czasów pierwszego najazdu Ludów Morza (dla Alitei).
I pewnie błądziliby tak do samego zmierzchu, gdyby nie nagły ruch tłumu, który porwał ich ze sobą — ludzka rzeka wylewająca się spomiędzy budynków wprost na północne błonie. Zanim się zorientowali, o czym właściwie mówią otaczający ich ludzie, co pokrzykują podniecone dzieci, wyprzedzające ich biegiem całymi gromadami — stali już w pierwszym szeregu gapiów, objęci tą samą morfą bezinteresownej ciekawości, zapatrzeni na powolny pochód wozów i zwierząt.
W pierwszym szeregu kroczyły dostojnie elefantyjne morfezoony: indyjskie berbery i babilońskie behemoty, pokryte futrem o karminowych pręgach, układających się w spiralne wzory. Z gigantycznych ciosów berberów zwisały, prawie zamiatając ziemię, żółte sztandary ze stylizowanymi napisami w prakrycie. Na grzbietach elefantów, na karku i za łopatkami, siedzieli półnadzy jeźdźcy, szczupli mężczyźni i kobiety spod azjatyckiej morfy, w których Abel domyślał się poskramiaczy, demiurgosów zwierzęcych. Posiadali szarobrązową skórę i długie, czarne włosy wiązane w grube supły; chodziły po nich dziesiątki, setki much i innych owadów, chmury insektów obracały się nad ich głowami, to znów rozpraszały wokół cielsk bestii. Na toporne łby wiecznie zgarbionych behemotów nałożono skomplikowane uprzęże, zasłaniające im ślepia, przebijające się rzędami haków i łańcuchów przez pofałdowaną skórę i twardą kość do wnętrza paszczy i do środka kanciastej czaszki. Behemoty wymorfowano pierwotnie dla wojny i nadal, we wszystkich swych odmianach, charakteryzowały się one podatnością na nagłe, niespodziewane ataki furii, w których rzucały się przed siebie, miażdżąc, depcząc i rozbijając wszystko na drodze; a ponieważ wymorfowano je również jako maksymalnie trudne do zabicia, tylko natychmiastowe zmasakrowanie mózgu zwierzęcia dawało gwarancję powstrzymania szarży. Poskramiacze teoretycznie powinni być w stanie kontrolować behemoty, lecz większość cywilizowanych krajów nie wpuszczała ich w swe granice bez założonych „uprzęży śmierci”. Teraz z każdym stąpnięciem pary bestii — trumpł, trumpł, trzęsła się od nich ziemia — gapiom wyrywały się z ust trwożliwe westchnienia i linia tłumu falowała, pół kroku do przodu, pół kroku wstecz, Abel i Alitea wraz ze wszystkimi; Abel ścisnął siostrę za ramię, śledzili zwierzęta symetrycznymi spojrzeniami. W następnej kolejności, za morfezoonami, toczyły się wysokie wozy ciągnione przez wielokrotne zaprzęgi chowołów. Na ich odkrytych platformach prezentowali swe umiejętności akrobaci, żonglerzy, demiurgosi ognia, wody, powietrza i żelaza, iluzjoniści i magoi. Wzdłuż karawany, od samego jej końca, ginącego w tumanach pyłu na schodzącej