— Oni się nienawidzą. Pani i Czarnoksiężnik.
— Nie wierz w takie rzeczy, jak nienawiść i miłość między kratistosami. Są tylko różne ścieżki do potęgi: takie i takie, z tymi i przeciwko tamtym, i na odwrót. Pomyśl: któż by się oparł podobnemu sojuszowi? To jest najsilniejszy argument z możliwych.
— Ale jak… Nie pojmuję.
— Przypuszczam, że taki był jej pierwotny plan. Po to słała Lakatoię do Czarnoksiężnika. Toczyły się długie negocjacje, on już nawet przyjął Szulimę do swej świty, teraz wiem, że Ihmet Zajdar, niech mu Manat wynagrodzi, do jakiegokolwiek piekła czy raju trafił, że Zajdar widział wtedy w Chersonezie obraz prawdziwy. Być może sojusz zaczął już nawet funkcjonować, na małą skalę, w Afryce, próbowali razem zatrzymać Skoliodoi metodami pitagorejskiej numerologii, bezskutecznie. Coś się musiało wydarzyć, Illea powzięła wtedy zamiar osobistego przejęcia Aegiptu, posłała. Szulimę: córka za Tron Alexandra. Myśmy nie rozumieli, dlaczego Rog nagle runął na zachód, ta cała wojna, oblężenie Kolenicy, to był tylko odprysk znacznie głębszych zmagań. To oraz jego sojusze, z Janem Czarnobrodym, zacieśnienie więzów z Babilonem, on się zabezpieczał. Ale Pani wcale nie chciała wojny z Uralem, wydaje mi się, że nie była zadowolona z mojej strategii, zaskoczyłem ją i nie mogła odmówić. Teraz jednak ma okazję wrócić do pierwotnego planu. Wie, że uderzę, wie, gdzie i kiedy, wie, że mogę to zrobić tylko ja, osobiście, własną ręką. Wystarczy jej posłać krótkie ostrzeżenie do Maksyma: ot, opętany przez zemstę strategos, który wyrwał się spod kontroli. Wpadniemy prosto w pułapkę, będą tam już na nas czekać tysięczne zastępy wywleczone z najgłębszych mateczników Uralu. Illpa uratuje Czarnoksiężnikowi życie. Rozumiesz, co taki dług oznacza dla kratistosa? Omal jakby złożył jej hołd. I któż się potem oprze sojuszowi Uralu z Księżycem?
— Skoro w to wierzysz, esthlos — dlaczego w ogóle przybyłeś do Moskwy?
— Czy muszę się powtarzać? Najlepsze plany, plany kratistosów i strategosów, nie wymagają od nas niczego, czego i tak nie zrobilibyśmy z własnej woli.
— To mosze lebiej ja jetnak sobie bójdę
— Za późno. Już są. Kopnij mi tu który ten stołek. Strategos Berbelek odrzucił niedopałek i wspiął się na okno, wychodząc na lekko pochyły dach. Gonty zazgrzytały pod jego jugrami, posypał się śnieg, ceglastoczerwone poły humijowego płaszcza łopotały na zimnym wietrze. Spod stosu skrzyń dały się słyszeć gwałtowne postukiwania, Bardionni dobijali się na strych, nie obejrzał się nawet.
Aurelia wyskoczyła za nim, wiatr wyrwał z epicykli jej zbroi wstęgi lepkiej pary. Podążyła wzrokiem za spojrzeniem strategosa.
„Urkaja” schodziła ku nim po łagodnym łuku, wynurzywszy się spośród skotłowanych chmur, zawisłych nisko na brudnym, zimowym niebie. Z częściowo rozłożonymi aetherycznymi skrzydłami wyglądała bardziej jak koścista harpia — płonąca jasnobłękitnym ogniem harpia, wielka na ponad stadion. Skrzydła zwijały się w locie, ściągane do długiego karku gwiezdnego skorpiona, w otwarte skrzela, tuż przed kołnierzem uranoizowego pancerza. Bo w miarę jak „Podgwiezdna” zwalniała i opadała nad miasto, w coraz większym stopniu polegała w swym locie na spiralnym ogonie wirującym tak szybko, że dla ludzkiego oka rozmytym w obłok jasnej poświaty.
Niebieski blask padał na pokryte śniegiem dachy, ulice, drzewa i nie tak odległe wieże kremla. Otworzyło się kilkanaście okien, ciekawscy moskwianie zaraz cofnęli się, oślepieni. Na dach kamienicy wspięli się obaj horrorni, wciągnęli za sobą trzy ciężkie torby i Babuczkina. „Urkaja” była już tak blisko, że wichura wzbudzana przez rozpędzony ogon skorpiona podnosiła tumany śniegu, czyszcząc do naga ciemne mury i dachy — tak odkrywała się toporna, boleśnie regularna i ascetyczna architektura wdowiej Moskwy. Przerażony służaszyj zaczął się zsuwać, wrzasnął, zamachał rękoma; Aurelia po raz drugi chwyciła go za kołnierz szuby.
— Dogąd my właszcziwje
— No jakże! — zaśmiał się rubasznie strategos, zapinając herdoński płaszcz i naciągając rękawice ze skóry bazyliszka. — Na kreml, na kreml, ubić Czarnoksiężnika!
Księżycowa łódź jeszcze bardziej zwolniła i w końcu zatrzymała się, zawisając w powietrzu trzydzieści pusów nad zaśmieconym tylnym podwórzem kamienicy, śmieci ulatywały wysoko nad ziemię, złapane w śnieżny cyklon. Skorpion rozwarł gębę, buchnęła z niej gorąca jasność. Aurelia — ona jedyna — widziała tam, w głębi korytarza światła, swego wuja, Omixosa Żarnika, pośród innych ryterów, szeregi hyppyroi w rozpędzonych zbrojach, z aetherycznymi keraunetami i sztandarami Księżyca z czerwonego pyrpłótna, gorejącymi symbolami Labiryntu.
Horrorni przerzucili Babuczkina, cisnęli w ślad za nim bagaż i broń, potem skoczyli sami, następnie skoczył strategos, na koniec Księżycanka. Skorpion już unosił się i obracał, nawet nie zamykając gęby, Moskwa przemykała pod Aurelią rozmazaną plamą. ……..