Aurelia odciąga młoteczek keraunetu, sprawdza pyros na kowadełku. Wuj Żarnik pozdrawia ją uniesieniem dłoni. Aurelia szepcze modlitwę do Pani. Staje w ogniu, pyr zapala się w jej żyłach.

Kopie w brązowe drzwi.

Wchodzą.

Trupy. Ściana zachodnia obwieszona jest dziesiątkami przeróżnych egzotycznych poroży, ściana wschodnia otwiera się galerią kryształowych okien na panoramę Moskwy, obie ściany długie na kilkadziesiąt pusów. Poroża w większości spadły, leżą w spiętrzonych stosach, przemieszane ze zwłokami mężczyzn i kobiet w drogich strojach. Trupy, trupy. Kryształ ozdobnych okien pokrywa mozaikową posadzkę po przeciwnej stronie sali, w krysztale brodzi wysoki czarnowło — kyrios, kyrios, kyrios — nie patrz na kratistosa!

Aurelia podrzuca do barku spiralną kolbę keraunetu i strzela Czarnoksiężnikowi w skroń. Natychmiast opuszcza i ładuje broń.

Hieronim Berbelek kręci głową. Idzie ku tamtemu. Zasłania jej cel.

Kilka zdań wypowiedzianych głosem kratistosa w nie znanym Aurelii języku — strategos odpowiada. Przez chwilę rozmawiają po moskiewsku. Aurelia wpatruje się w zamek keraunetu. Nie rozmawiaj z nim! Zabij go! Nie rozmawiaj z nim! To kratistos! Uderz w biegu! Bez zastanowienia! Nie rozmawiaj z nim! Aurelia wpatruje się w zamek keraunetu. Gdzie podziało się tamtych dwoje hyppyroi? Czy kazał im podciąć sobie gardła?

Nie zdając sobie z tego sprawy, cofnęła się tymczasem pod ścianę; poroża nad nią zajmują się ogniem. Nie unosi wzroku. Kroki, chrzęst miażdżonego kryształu, szelest materiału, spokojne głosy dwóch mężczyzn. Zaciska zęby, słucha przez jednostajny huk płomieni, przez huk rozpędzonej krwi.

Przeszli na grekę.

— …ale to były przecież twoje psy, ty je hodowałeś, twoja morfa.

— Tak. Nawet ostatnio zastanawiałem się nad tym. Kiedy brałeś z nią ślub — kratistos i śmiertelniczka — nie mogłeś nie wiedzieć.

— Ach, bo jednego nie rozumiesz: to jednak była miłość. Z jej strony — to oczywiste; ale także z mojej.

— Miranda Ajuda Karżanka.

— Dziś już tylko historycy.

— Dużo czytałem. Dramaty, pieśni, poezje — bajki dla ludu. W tych źródłach najstarszych — nie było żadnego zamachu.

— Ponad tysiąc lat, tak, ponad tysiąc lat temu. Z tym zamachem, mhm — a jak myślisz, hodowco psów?

— Nie było żadnego zamachu.

— Nie było zamachu, ale jest Wdowiec. Im mocniej ją kochałem, tym mniej pozostawało Mirandy w Mirandzie. Już nie mogła wytrzymać ani dnia z dala ode mnie. A ponieważ ona nie byłaby w stanie mnie zabić… Czy można nienawidzić tak pięknego szczura? Ale czy można kochać tak pięknego szczura? Jak ty to robisz, hodowco psów?

— Panna Wieczorna z pewnością byłaby w stanie mnie zabić.

— Ach, Szulima, ona. Tak. Masz szczęście. Ale twoja pierwsza

— To był wypadek. Psy.

— To zawsze są wypadki. Znasz jednak ten wściekły ból po jej śmierci, tę straszną nienawiść, rozpacz, która jest nienawiścią. Znasz, znasz.

— Nie nienawidzę ludzi.

— To szlachetniejsze, niż nimi pogardzać. Konieczny jest rygor i strach, i hierarchia silnej władzy, porządek uległości, w którym nigdy nie nastąpi pomieszanie słabych z silnymi, panów z niewolnikami, miłości z posłuszeństwem. Przecież wiesz.

— Jeden jest Czarnoksiężnik.

— Możesz nie wierzyć, ale ta morfa już na mnie czekała. W tej ziemi, w tych ludziach, w ich historii, językach, religiach — czekała na mnie, była gotowa, konieczna, celowa. Tutaj przez nią właśnie wiedzie droga do boskiej doskonałości. Wdowiec doprowadził do spełnienia potencję starszą od niego, poprawnie odczytał keros. Popatrz. Zimowa tęcza.

— To księżycowa łódź niszczy twoje bestiarium.

— Piękne. Przed wiekami nosiłem się z zamiarem poślubienia Pani, ale wyobraziłem sobie, kto by się mógł narodzić z takiego związku i pozostałem przy mojej władzy. Nie mam pojęcia, kto sprowadził na świat Skrzywienie, ale to nie byłem ja. Co mówią kratistosi jej byłych ziem na ten jej powrót?

— Nie wraca.

— Wraca, wraca. Słyszałem, że Nabuchodonozor ma namaścić twoją córkę, hodowco psów, wychowankę Lakatoi. Wraca. Popatrz. Znowu się wynu —

Ich oddechy, kryształ trzaskający pod obcasami, szelest nagłych poruszeń — Aurelia uniosła wzrok.

Hieronim Berbelek wyciąga sztylet o ostrzu jak płomień z piersi kratisto — człowieka, który był kratistosem. Wyciąga, spogląda nań z zastanowieniem i wbija ponownie — raz, dwa, trzy, cztery — krwawa plama rozpływa się na białej koszuli mężczyzny. Hieronim Berbelek tym razem opuszcza sztylet, odstępuje o krok. Lewą ręką machinalnie przesuwa po idealnie gładkim materiale swego płaszcza.

Maksym Rog cofa się niepewnie, szurając nogami w krysztale. Trafia ręką na przystawione do okna krzesło, siada — a właściwie pada w nie bezwładnie. Koszula jest już cała czerwona.

Hieronim Berbelek stoi nad nim ze sztyletem przy boku z krętego ostrza spadają karminowe krople, kap, kap, kap. Hieronim Berbelek stoi i czeka, wpatrzony w oddychającego powoli Roga.

Maksym obraca oczy na Aurelię.

Перейти на страницу:

Похожие книги