Omixos podał jej rodowy keraunet. Ujęta pewnie ciężki oręż. Wuj — twarz prawie niewidoczna za rozpęcznialym okółhełmem — poklepał ją po ramieniu, aether zazgrzytał ostro w starciu z aetherem.
— W bój.
— Teraz! Teraz, teraz, teraz!
Skorpion wali ogonem w mury Arsenału. Kreml trzęsie się w posadach. Baszta Timura, uderzona pierwsza, gdy otworzono z niej ogień do „Urkai”, zapada się pod własnym ciężarem w grzmocie kruszących się kamieni, w osuwającej się lawinie tysięcy lithosów gruzu. Poza tym nie strzela jeszcze nikt, nawet nie odzywają się pyresidery i kartaczownice z kremlowych koszar Bułaszków Iwana Karła — nie minęła minuta, jeszcze nie zagrały na trwogę rogi z Wieży Zegarowej.
Skorpion rozpruwa południowy mur Arsenału, uderzając w mekanicznym rytmie, raz i raz, i raz. Na wysokości czwartego piętra powstaje wyłom szeroki jak łeb skorpiona. „Urkaja” wsuwa się weń.
Łódź księżycowa w czas bitwy pulsuje takim blaskiem, taki żar bucha z jej pyraetherycznego pancerza, że zalegający okoliczne płaszczyzny śnieg topi się z sykiem i spływa po gmachu krystalicznymi strumykami, woda zmienia się w srebrną mgłę. Korpus „Podgwiezdnej” ginie w niej bez reszty, tylko jasność okrutna bucha z gorącej chmury.
Z tej jasności wypadają do wnętrza Arsenału płonący Jeźdźcy Ognia, Aurelia w pierwszym tuzinie; w sumie Hierokharis oddał bowiem do tej misji dwadzieścioro siedmioro ryterów pyru, pełny enneon. Wypadają już rozpędzeni, pchnięci impetem ciężkich epicykli uranoizy, obejmujących ich uda, kolana, barki.
Aurelia znajduje się w tryplecie dowodzonym przez wuja, jako trzeci ryter uzupełnia go kuzyn Krzosów, Tymoteusz Faeton. Omixos wskazuje na lewo. Biegną ku zachodnim drzwiom sali, w dwudziestopusowych susach, każdym stąpnięciem otwierając w posadzce gwiaździste rany. Marmur fruwa w powietrzu, odłamki rykoszetują od śmigłego aetheru, raz, drugi, trzeci, na koniec głęboko kalecząc grube ściany, niszcząc pokrywające je freski i wota żałobne.
Inny tryplet przebija się od razu piętro niżej: przyklęknąwszy, hyppyroi wwiercają w podłogę pięści w wyjących przeraźliwie wirkawicach, momentalnie otacza ich szary pył mielonego kamienia.
Trzy inne tryplety w ogóle nie zatrzymują się w pędzie i przebijają się przez okna w przeciwległej ścianie, wypadając na zewnątrz i rozwijając tam w powietrzu gigantyczne epicykle okółramiennej uranoizy: spadając, rozprują mur północny.
Tryplet skierowany ku wschodnim drzwiom mija w biegu czterech wartowników w mundurach sołdatów barłaskich. Nie zatrzymując się, ryterzy rozszarpują składających się do strzału Moskwian, przemielone przez aether mięso, kości i barłaskie futra strzelają na wszystkie strony. Tryplet pozostawia za sobą chmurę wilgotnej czerwieni.
Tymczasem Omixos dopada drzwi. Nie przystanie, by otworzyć — kopniakiem rozpruwa ciężkie wierzeje. Hyppyroi przeskakują, połykając w epicykle swoich zbroi tornada trocin, które zresztą zaraz się zapalają.
Na ścianach jeszcze więcej obrazów i starożytnej broni. Żarnik pokazuje: ku schodom. Na schodach pojawia się kilku sołdatów. Tymoteusz chwyta lewą ręką naturalnej wielkości posąg Tamerlana z brązu — zamachowa uranoiza opisuje Faetona grubymi kręgami — i ciska nim w żołnierzy. Posąg miażdży ich o mur, w murze wybija dziurę.
Biegną ku schodom. Im dłuższe susy, tym mniejsze znaczenie ma dół i góra. Z impetem przejmowanym od uranoizowych kół odbijają się od ścian, mebli, postumentów, poręczy, kolumn, wgryzając się wirbutami w drewno, żelazo i kamień. Towarzyszy im nieustanny zgrzyt i świst odłamków, po przejściu ryterów unosi się w powietrzu gęsta zawiesina ostrych drobin z przemielonych materiałów, smród spalenizny.
Na trzecim piętrze wysypują się już na korytarz drużyny Bułaszków. Grzmią keraunety. Rozpędzone do maksimum zbroje hyppyroi odbijają kule zgodnie ze skrętem swych epicykli. Bułaszkowie wrzeszczą, dziesiętnicy dmą w gwizdki, eksploduje pyros, Arsenał dygocze pod ciosami skorpiona i Jeźdźców, sypie się tynk. Za oknami po drugiej stronie korytarza rozmazana plama: spadający hyppyres ciągnący za sobą czerwoną grzywę ognia.
Ombcos biegnie na sołdatów — podłoga, posąg, skrzynia, sufit — w piątym susie spada na nich z rozpostartymi ramionami, w rozpęczniałej na szerokość korytarza zbroi, w aureoli ognia — prrrrrrfstsch! — ochłapy płonącego mięsa uderzają o boazerie, mozaiki i płótna mistrzów.
Aurelia i Tymoteusz przebijają się do pomieszczeń po lewej i prawej. Aurelia za drugą zdemolowaną ścianą trafia do części mieszkalnej kremla, do izby łaziebnej, nagie kobiety podnoszą się z parującej wody. Nawet nie zdążyły zobaczyć rozpędzonej Księżycanki za zasłoną pyłu, dymu, ognia i aetheru — pochyłe orbity zamachowej uranoizy zahaczają je, gdy hyppyres przebija się do następnego pomieszczenia. Kilka odciętych kończyn, rozłupana głowa, rozpruty brzuch — to za Aurelią, nie widzi, nie słyszy. Z rozdartej hydrauliki bucha zimna woda.