Tak samo trzeszczały stopnie schodów pod stopami Garuszy Babuczkina z Babuczkinów Knijporoskich. Łysy skryba dworski wychylił głowę z kwadratowego otworu w podłodze — i spojrzał w ciemne wyloty siedmiu luf. Co gorsza, i spojrzał prosto w oczy pochylającego się nad nim strategosa Berbeleka i w naturalnym odruchu rzucił się w tył — a że stał na stromych schodach, prawie drabinie, zleciał z nich na łeb, na szyję, łamiąc przy tym dwa szczeble i zapewne niejedną kość w swym ciele, z hukiem i łomotem. Nie krzyczał, to trzeba mu przyznać.

Aurelia, która nie zdążyła swą bezaetheryczną prawicą złapać za kołnierz skryby, skoczyła teraz za nim i pociągnęła go z powrotem na strych. Horrorni opuścili i zaryglowali klapę. Następnie wszyscy zamarli w bezruchu, nasłuchując.

Babuczkin usiłował tymczasem umknąć gdzieś w głąb strychu. Po pierwszym kroku drewno strzeliło mu pod obcasem — obejrzeli się na niego wszyscy, lufy keraunetów horrornych poruszające się w synchronii z ich głowami, Aurelia w irytacji pęczniejąca jasną uranoizą, strategos z pięścią zaciśniętą ponad głową. Babuczkin zatrzymał się z nogą wpółuniesioną, niebezpiecznie wychylony. Aurelia tym razem zdążyła chwycić go za biedźwiedzią szubę. Tak znieruchomieli na kilkanaście minut.

Cisza.

— Wyście Garusza Babuczkin, służaszyj Ministra Zachodu — szepnął wreszcie w grece esthlos Berbelek, nie podnosząc się ze skrzyni.

— Tak — odparł Babuczkin. Aurelia puściła kołnierz szuby.

Strategos nie pozwolił skrybie odwrócić wzroku.

— Księżycowy pies, bezimienne dziecię Pani, sługa wierny, zaprzysiężony przez Nanu Agilatylę w wiosenną ekwinocję osiemdziesiątego szóstego roku, na wodę, miód, krew i topór.

Babuczkin niespodziewanie potrząsnął głową, zagryzł zęby i postąpił ku strategosowi.

— Ja — warknął. — Ja!

Strategos Berbelek wyciągnął długie ramię, zacisnął dłoń na karku łysego skryby i przyciągnął go do siebie, prawie zginając w pół.

— A wiecie, kim ja jestem?

— Powiedzieli mi.

— Co wam powiedzieli?

Babuczkin oblizał wargi.

— Przybyłeś go zabić. Hieronim Kolenicki. Pani posłała cię byś niósł wojnę. Esthlos.

— Wy się mnie boicie, Babuczkin?

Babuczkin spróbował się zaśmiać i zabrakło mu oddechu.

— Oczywiście — odkaszlnął wreszcie. — Puść mnie, esthlos.

— Wyjaśnijcie mi coś, Babuczkin. Jakim cudem taki tchórz, jak wy, może ukrywać się wśród najwyższych oficjeli Wdowca, wśród jego szczurów i zauszników, a teraz już w sercu jego anthosu, pod bokiem samego kratistosa — i pozostać wiernym Illei Okrutnej?

— Nie jestem tchórzem!

— Oj, Babuczkin, Babuczkin. Codziennie liżecie im dupy.

— Puszczaj!

— Siedzicie przy tym waszym biurku, w stosach papierów, od rana do wieczora przepisujecie kolumny liczb, urodziliście się pod morfą Roga, sprzeciwić się zwierzchnikowi

— to nie do pomyślenia, jesteście najpospolitszym karaluchem biurokracji, nawet sny macie symetryczne, zbilansowane i patriotyczne, perwersje mieszczańskie, marzenia papierowe i nałogi statystyczne, Babuczkinową rżniecie, gdy Czarnoksiężnika zbierze chuć, Babuczkinową bijecie, gdy nad Uralem zagrzmią burze, płodzicie Babuczkinięta o ślepiach wdowich, raz opowiedzieliście antykratistosowy dowcip, jeszcze się wam łapki trzęsą — jak taka moskiewska ukraka mogłaby się w ogóle zdobyć na Zdradę?

Skryba rzucił się na strategosa, wierzgając i wymachując rękoma. Strategos trzymał go w żelaznym uścisku.

Babuczkin zaczął jednak przy tym kląć Berbeleka, po moskiewsku, grecku i uralsku, z każdą inwektywą coraz głośniej, i Aurelia musiała zatkać mu usta. Ugryzł ją w dłoń

— zaraz wrzasnął niemo, gdy płomień liznął mu język i podniebienie.

Esthlos Berbelek i hyppyres wymienili pytające spojrzenia.

— Mhm, może jednak, może mimo wszystko… — mruknął strategos.

— Twardy jest — stwierdziła Aurelia.

— Teraz tak, ale wobec Czarnoksiężnika?

— Przecież nigdy go nawet na oczy widział.

— Tyle lat w kremlu… Mhm…

— Twardy jest — powtórzyła Aurelia. — Na uralski sposób.

— Puść go. Puściła.

Babuczkin dyszał ciężko.

— Wy… — Dotknął ostrożnie poparzonych warg. — Dianie!

— Już, już. Mówcie, co wiecie.

— Nis wam nie powem!

— Przysięgałeś, Garusza! Pani pyta!

Ministerialny służaszyj wziął głęboki oddech, przełknął ślinę. Wyprostowawszy się, poprawił na ramionach futro z biedźwiedzia.

— Tak. Łoskas. Dla Pani. Cisiaj o kocinie ciesiątej w Sali Porosznej, szwarte biętro Alsenału, pod Basztą Chana. Szyjmuje posestfa Szymatów i Szygitów.

Strategos wyjął z kieszeni zegarek, sprawdził godzinę.

— Jaka obsada?

— Jak szfykle. A Bułaszki Karła siecą w gałnizonach pod gremlem.

— Przywiózł ze sobą zaraźnice?

— Nie, poszednio pół Moszkwy chorowało.

— Gdzie

— Cicho!

Aurelia przykucnęła nad klapą. Krztyp, krztypp, krztkkkk! W momencie, gdy klapa zaczęła się unosić, szarpnęła za nią, odrzucając z trzaskiem.

Na schodach stał dziadek Bardionny z sękatą laską w ręku. Rozdziewając w zdumieniu bezzębne usta, mrugał panicznie, oślepiony przez Aurelię.

— Esthlos! — syknęła ponaglająco, nawet nie oglądając się na strategosa, okółramienniki już napęczniałe, rozpędzone do straszliwego ciosu.

Esthlos Berbelek zawahał się krótko.

Перейти на страницу:

Похожие книги