— Zaschło mi w gardle — rzecze, wskazując stół obok. Aurelia odkłada keraunet, podchodzi do stołu, podaje Rogowi czarę z winem. Do końca życia będzie się zastanawiać, dlaczego to zrobiła.
Maksym ujmuje czarę, lecz już nie unosi jej do ust. Ręka opada na poręcz.
Uśmiecha się do esthlosa Berbeleka.
Aurelia dopiero po bardzo drugiej chwili pojmuje, że Rog już nie żyje.
— Kyrios… — zaczyna, lecz strategos nie reaguje.
Aurelia wraca po keraunet. Od poroży zajęły się ubrania zabitych, płonie cały stos trupów, słodka woń otępia umysł. Czuje się nagle bardzo zmęczona. Gaśnie na niej ogień, zwalnia zbroja.
Od drzwi ogląda się jeszcze za siebie. Zaczął padać śnieg i pierwsze białe płatki osiadają na twarzy, na ramieniu, na przekrwawionej koszuli Roga. Teraz, po śmierci — jakże drobne, chude, pokurczne zdaje się jego ciało, brudna Materia uwolniona z okowów Formy; w czarnych włosach kryły się liczne pasma siwizny, twarz pokrywało tysiąc zmarszczek, sine żyły przebijały spod skóry.
Aurelia wychodzi z Sali Porożnej. Zebrani hyppyroi Podnoszą się, spowalniają zbroje, obracają keraunety do salutu. W pierwszej chwili nie zrozumiała, dopóki nie podążyła za ich spojrzeniami. Hieronim Berbelek wyszedł cicho za nią, widzą okrwawiony sztylet w jego dłoni, w błyszczącej rękawicy ze skóry bazyliszka.
Aurelia postępuje za strategosem, gdy idą powoli przez zdemolowane, płonące sale Arsenału. Walki dogorywają, nie słychać też już uderzeń skorpioniego ogona „Urkai”, od których drżała ziemia. Ponieważ strategos się nie odzywa, hegemon Żarnik sam rozsyła poszczególne tryplety do kolejnych zadań.
Gdy dobiega ich krzyk z dziedzińca kremla, zatrzymują się, skręcają ku krużgankom Starego Pałacu Kniaziowego. Ledwo wybił kwadrans po dziesiątej, a nadciąga zmierzch. To już koniec, tak dopełnia się plan strategosa. Od północnego zachodu na chmurne niebo nasuwa się powoli czarny krąg Oronei, gigantyczny dysk powietrznego kraju Króla Burz. Patrzą jak zahipnotyzowani. Wydaje się, iż Oroneia przesuwa się bardzo powoli, lecz na ich oczach w ciemność zapadają kolejne dzielnice, fala mroku mknie po skutej lodem rzece. Oroneia nadal też obniża pułap, długie na kilka stadionów kurtyny wichrorostów prawie już dotykają szczytów zigguratów i minaterów. Minuta? Dwie? Kwadrans? Płatki śniegu wirują w powietrzu. Czy to już naprawdę zmierzch?
Na pogrążoną w szarym cieniu Moskwę spadają z nieba węglowe legiony Horroru, zastępy aniołów brązu. Biją dzwony, w tysiącach okien zapalają się światła. Nikt jeszcze nic nie wie, ale wszyscy czują. Na kościstych wieżach kremla powiewają chorągwie Ostroga. Maksym Rog nie żyje, nie ma już Czarnoksiężnika — pustka po jego Formie, przerażająca wolność ściska serca.
Pierwsze odzywają się moskiewskie psy: skowyt czarnej tęsknoty płynie przez zaśnieżone miasto. Pan Berbelek na moment podnosi wzrok znad czyszczonego sztyletu. Wycie narasta. Pan Berbelek poleruje chaldajskie ostrze. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa, trzy. Kto potrafi nazwać ów uśmiech drgający na wargach pana Berbeleka?
V
Χ
Kratistobójca
Mgła wirowała wokół powozu. Pan Berbelek nie wyglądał na zewnątrz, dojrzałby jeno cienie vodenburskiej architektury, umykające zresztą szybko w tył, cienie oraz światła: między płaszczyznami kamienia wybuchały co chwila strzępiaste aureole latarni pyrokijnych, samych we mgle również niewidocznych. Powóz był wysoki, masywny, ciągnęła go czwórka koni; z zatrzaśniętymi drzwiczkami i zaciągniętym dachem przypominał nieco starożytne karoce. Na bokach błyszczały emblematy NIB. Obok woźnicy w czarnej pelerynie siedział grafitowy horrorny; dwaj inni, z trójlufowymi herdonówkami w rękach, wisieli z tyłu powozu. Rozbijana mgła na powrót splatała się za nim w nici, pasma i wstęgi — już jednak znacznie bardziej uporządkowane, regularne i symetryczne, układające się podług wzoru ulic i placów nocnego Vodenburga, wzdłuż zimnych murów i wilgotnych bruków; i tak pozostawała na długie minuty.