Katlakkk-Malakk-talakk, katlakkk-talakkkk, konie szły w równym rytmie, zimna noc prowokowała wspomnienia o nocach ciepłych. W Herdonie otwarta zostanie ambasada Księżyca, lecz w Pergamonie już przecież zamieszkała ejdolos Pani, Lakatoia, Panna Wieczorna. Na ziemi Mariusza Gesomaty, pod anthosem Króla Burz, w sąsiedztwie garnizonów trzech Kolumn Horroru na żołdzie Labiryntu, tam po raz pierwszy może się ogłosić sobą, to znaczy córką swej matki, tam może odsłonić się przed światem. Kratistosem Czwartego Pergamonu jest Juliusz Kadecjusz, jemu, na mocy sekretnej umowy z Kratistobójcą, przypadł keros kraju Seleukidytów, od Morza Kaftorskiego po źródła Eufratu i Tygrysu. Oroneia spoczęła na gruzach Twierdzy, na przeklętej Równinie Krwi — anthos Króla Burz ją uzdrowi. Oszczędzono tylko Wzgórze Ateny, Bibliotekę i Kryształowe Floreum — ziemia Powietrza i Ognia osiadła na drugim brzegu Kaikussu. Pan Berbelek wspominał tę noc gorącą, gdy odwiedził esthle Szulimę Amitace w jej nowej siedzibie. Zewsząd zjechali się byli wyznawcy i agenci starego kultu, nie mógł już dostać się do Floreum nikt, kto nie otrzymał pozwolenia od wszystkich kolejnych strażników, w to miasto ruin wchodziło się zaiste jak w labirynt. Nawet Kratistobójcą słać musiał przodem herolda; dopiero o zmierzchu przyszło potwierdzenie. Wprowadziła pana Berbeleka bardzo młoda Heltyjka w labrysowym naszyjniku. Miast spiralną ścieżką piaskową szli przez tuziny nieskończonych słonecznych łąk, ze światła w światło; najwyraźniej Szulima zaczęła już manipulować architekturą Floreum. Po łąkach biegały dzieci najrozmaitszych morf, kilku — i kilkunastoletnie, pan Berbelek widział także mamki piastujące niemowlęta. — Skąd one pochodzą? — spytał Heltyjkę. — Ze wszystkich stron kerosu — odparła — spod Formy każdego kratistosa. — Wyszli na łąkę afrykańską. Zza akacjowego gaju wypływał srebrzysty strumień, między akacjami figlowały małpy, w sawannowej trawie migotały żółte grzbiety tapalop, przyglądały się temu leniwie wyciągnięte pod drzewami gepardy. Zza strumienia, z wielkiego błękitu, wylewały się powoli kłęby tłustego światła, płynęło białe mleko oślepiającego blasku. Wpierw wyfrunęły zeń dwa kolorowe ptaki, Heltyjka uklękła, ptaki zatoczyły koło nad panem Berbelekiem, uniósł głowę — nie spostrzegł, gdy z mgły Ognia wyszła Lakatoia. — Esthlos. — Esthle. — Uśmiechali się od pierwszego spojrzenia; ale nie spodobała mu się lekkość, banalność tego uśmiechu. Zamiast ucałować nadgarstek Szulimy, zagarnął ją w pasie, przyciągnął, pocałował łapczywie, drapieżnie. Nie opierała się, lecz gdy odsunął ją potem na długość ramion, napotkał ten sam zimny, jadeitowy wzrok esthle Amitace, którego miał nadzieję nie ujrzeć już nigdy po fatalnej dżurdży. Forma sytuacji stawała się boleśnie oczywista. Odstąpił o krok. Szulima przysiadła w trawie, zawijając lnianą spódnicę. Wskazała mu miejsce obok. Nie zareagował. Wygładzając fałdy koszuli, rozglądał się po świetlistej łące (motyle krążyły nad jego głową w regularnych okręgach). — Przebudowujesz Floreum? — I tak wymaga naprawy. — Niech zgadnę: Król Burz. — Owszem, składa mi często wizyty. — Tak. Oczywiście. Odwieczny sojusznik Labiryntu. — Nie znajdziesz na mych ustach ani śladu kłamstwa. Czy kiedykolwiek powiedziałam, że cię kocham? Jestem córką Księżycowej Wiedźmy, Illei Okrutnej, jakiej morfy się po mnie spodziewałeś? — Pan Berbelek mógł tylko mrużyć oczy. Bogowie, ona nadal była piękna, jeszcze piękniejsza, w milionie odbić, w tym świetle najbielszym.

Перейти на страницу:

Похожие книги