Kolację podano w Sali Dziadów. Tu, w vodenburskim pałacu, gdzie Grzegorz Ponury żył przez stulecia, jego Forma odbiła się najgłębiej i najtrudniej się jej sprzeciwić. Nikt się nie uśmiechał. Rozmowy cichły już w zewnętrznym holu. Alitea mruknęła coś jeszcze niepewnie kilka razy, potem i ona tylko wodziła dokoła przygnębionym spojrzeniem. Instalacja pirokijna przeszywała pałac gęstą siecią metalowych żył, otaczały ich zewsząd konstelacje jasnych świateł — a jednak przeważało wrażenie ciemności, wilgotnego mroku, oślizgłej czerni, spływającej w dół po schodach, ścianach, boazeriach, starożytnym kamieniu, po dywanach, kobiercach, gobelinach, srebrze i złocie. Płomienie nie drżały z żaru, drżały z zimna; dreszcze przechodziły gościom po skórze. W Sali Protokołu huczał w wysokim kominku wielki ogień, jego blask nie sięgał jednak dalej niż na kilka kroków od paleniska, a przynajmniej tak się zdawało Ablowi. Ojciec ich ostrzegł i ubrali się ciepło. Obowiązywała powściągliwa elegancja, herdońska prostota. Kolację wydawano na cześć nowo ustanowionego ambasadora Kolonii. Pan Berbelek otrzymywał regularnie zaproszenia na podobne przyjęcia, ponieważ był jedynym mieszkańcem Vodenburga — poza jego władcami i kilkoma mistrzami z lokalnej akademei — o którym książęcy goście mieli szansę wcześniej usłyszeć; ponadto należał do aristokracji i nie sprawiał kłopotów, rzadko wyrażając własne zdanie i z zasady przytakując wyżej urodzonym interlokutorom. Był cudownie przewidywalny, marzenie każdego mistrza protokołu: człowiek w całości definiowany przez cudze Formy. W mig wyczuwał wszelkie zaburzenia dworskiej etykiety. Drzwi dopiero zaczynały się uchylać — on już obracał się ku nim, kolana się gięły, chyliła głowa. Nie chodziło nawet o to, że klękał pierwszy — ale że klękał dokładnie wtedy, gdy należało uklęknąć. Abel się spóźnił, stał jeszcze, gdy wchodzili: książę, księżna, dwie córki, wnuk i wnuczka. Na moment pochwycił jej wzrok. Rumia, wiedział, że ma na imię Rumia. Uśmiechnęła się do niego kącikiem ust, ni to pytająco, ni zachęcająco. Padł na kolana. Zaciśnięte pięści wparły się w zimną posadzkę, krew dudniła w uszach. Co za upokorzenie!
Kolację podano w Sali Dziadów, pod czujnym wzrokiem antenatów księcia, którzy spoglądali na jedzących spod sufitu, z galerii portretów sporządzonych przez największych demiurgosów pędzla i płótna. Abel zerkał na obrazy podejrzliwie. Ci bogato odziani mężczyźni i kobiety, o pięknych, surowych twarzach, zdawali się wychylać z ram, obracając oczy właśnie ku niemu. Policzył portrety: siedemdziesiąt dwa. Jak głęboko w przeszłość sięga historia rodu Neurga? Ile generacji aristokratów stoi w cieniu za bladolicą Rumią?
Wystarczyło posłuchać ambasadora Kolonii, esthlosa Karola Reucka, jak peroruje nad indykiem w sosie grzybowym:
— Do tego stopnia zdziczali, że, mhmmm, zatracili nawet jakiekolwiek poczucie hierarchii, nie istnieją struktury społeczne, tylko, mhmmm, jedna wielka horda, w której głos każdego wart jest tyle samo i decydują wszyscy pospołu, jeden, jeden i jeden, masa amorficzna. Ani królów, ani niewolników, nie ma dołu, nie ma góry; mhmmm, zapomnieli wszystko.
— Zapomnieli? — odezwał się Abel z drugiego końca stołu, i zaraz pożałował, że otworzył usta, bo chociaż dzięki temu Rumia spojrzała na niego, to spojrzeli nań także wszyscy inni, i nagle musiał walczyć z całych sił, by pod ciężarem ich vodenbursko zimnego wzroku wypowiedzieć choć słowo więcej. — Zapomnieli, czy też nigdy im nie była ta Forma dana? Może Anaxegiros istotnie jest tam pierwszy.
— A ty, mhmmm, młodzieńcze, nigdy nie słyszałeś o „dzikich kratistosach” w Herdonie, ale i w Afryce, w Ziemi Gaudata na Antypodach? Porządek leży w naturze świata. To, mhmmm, chaos i pomieszanie do równej, jednolitej masy jest mu przeciwne i w istocie chore. Tylko w dziczach najgłębszych, za Megorosami, w lasach nocy, pod piekielnymi drzewami, pod, mhmmm, wyśmienite, wyśmienite, tylko tam człowiek potrafi się do tego stopnia zdegenerować.
— A skoro tak bez reszty zapomni swojej Formy — odezwała się księżna — to przecież tym samym przestaje być człowiekiem, prawda, Iaxo?
Iaxa, nadworny sofistes, zanim odpowiedziała, otarła chusteczką wąskie wargi i ułożyła sztućce symetrycznie po obu stronach talerza.