— Ktoś przeciął, widzi pani przecież.
— On krwawi.
— Mmmyślę, że ttto…
— Ale kto krzyczał?!
Sześć głosów, dwa języki, pełna skala emocji, od histerii do ironii. Pan Berbelek czekał, aż pojawi się kapitan Wawzar i zaprowadzi porządek, Arab jednakże nie nadchodził; zjawiło się tylko dwóch doulosów, stanęli z tyłu, zmieszani, nie wiedząc, co czynić. Zresztą Hieronim był tu chyba najniższy, nie mógł dojrzeć ponad głowami zgromadzonych, kto jeszcze przybiegł. Wczepiony jedną ręką w siatkę, drugą odpędzał nachylającego się ku rozcięciu Urcza.
Pochwycił na krótko spojrzenie Porte. Sługa wskazywał na jego głowę. — Krwawisz, esthlos.
Pan Berbelek sięgnął czoła, w tym momencie „Al-Hawidża” przechyliła się lekko, gwardzista Babilonu wpadł na niego całym ciężarem. Pan Berbelek odepchnął go, uderzając łokciem pod żebra.
— Milczeć! — warknął. — Wszyscy! Do swoich kabin! Zajdar zostaje. Wy! Po kapitana. Już!
Czym prędzej wykonali rozkazy.
Gdy pozostał na balkonie sam z nimrodem, pochylił przed nim głowę.
— Poświeć. Jakaś rana, czuję krew. Zerknij.
— Uuu, dosyć głębokie cięcie, chyba widać kość. Tępe ostrze. To on?
— Co? Kto?
— Jak uciekał.
Spojrzeli obaj na rozciętą plecionkę. Pan Berbelek ujął między dwa palce jedną z luźnych jej linek.
— Likot — mruknął w zdumieniu.
Drzewa likotowe, wymorfowane ongi z dębu i cedru w stuletnich sadach najsłynniejszego teknitesa flory, Filippy z Galii, ceniono dla niesamowitej wytrzymałości i lekkości ich włókien. Likotu często używano zamiast twardych metali, gdy równie ważne kryterium wyboru materiału stanowił jego ciężar — żeby daleko nie szukać, gniazdo świni powietrznej w trzech czwartych zbudowane zostało z likotu. Likotowa siatka więc była praktycznie nie do przecięcia, nie ma noży tak ostrych, ludzi tak silnych.
Pan Berbelek dotknął w zamyśleniu rany na skroni i podniósł wzrok na nimroda.
Ihmet zamrugał, szarpnął się za brodę.
— Nie ja — szepnął. — To nie ja.
Tyle zdążył, bo już nadbiegał kapitan Wawzar wraz z trzema doulosami i zaspanym demiurgosem meteo.
— Każesz niewolnikom sprawdzić wszystkich pasażerów i członków załogi — rzekł Arabowi pan Berbelek, zanim tamten zdążył otworzyć usta. — Niech pytają, gdzie przebywali, gdy usłyszeli krzyk, i kto to może poświadczyć. Przydziel ludzi, żeby jakoś załatali tę dziurę, mamy dzieci na pokładzie. I przyślij mi do kabiny czyste bandaże, idę się umyć. Doulosi zdadzą raport mojemu słudze. Spałeś?
Tak.
— Rozumiem.
Pan Berbelek wrócił do swojej kabiny. Syczał przy każdym kroku. Przyjrzał się potem paznokciowi wielkiego palca u lewej stopy. Był już cały czarny od nabiegłej krwi. Z obmytą i obandażowaną głową, zbadał Hieronim fragment futryny, o który się uderzył (pozostał na nim rozmazany czerwony ślad). Żadnych ostrych krawędzi, ostrych drzazg, wystających gwoździ; gładko zheblowane drewno.
Porte powtórzył przyniesione przez doulosów informacje. Pan Berbelek posłał go po kapitana. Razem weszli do kabiny M. Łóżko było jeszcze posłane, lampy zapalone, na stole leżały dwie książki, stał kubek pełen wina, trochę rozlało się naokoło. Sprawdzili bagaże. Brakowało spodni w których ją widzieli za dnia; i zapewne jednego chimatu lub koszuli, ale tego już nie byli w stanie stwierdzić. — Na pewno nigdzie jej nie ma? — upewnił się Hieronim. Izmaelita pokręcił głową. — Przeszukali każdy zakątek „Al-Hawidży”, esthlos.
Dlaczego ktoś miałby zabijać Magdalenę Leese, bibliotekarkę vodenburskiej akademei? Dla pieniędzy? Ha! Teoretycznie sama mogła wyskoczyć, ale to czyniłoby z niej samobójczynię, a nie dostrzegł w niej podobnej skazy Formy. Ktoś więc ją zamordował, rozcinając likotową siatkę i wypychając Magdalenę z pokładu aerostatu. Czy znała wcześniej któregoś z pasażerów „Al-Hawidży”? Nawet jeśli, to oboje świetnie to ukrywali. Ale dlaczego miałby ją zabijać przypadkowy współpodróżnik? Powód musiałby przecież powstać podczas półtorej doby dotychczasowej podróży. A zważywszy, że przez pierwszy dzień była pijana… Dzisiaj przyszła do mnie, chciała się czegoś dowiedzieć, chciała otworzyć między nami Szczerość; wepchnąłem jej do gardła tę Formę. I teraz nie żyje. Bibliotekarka.
Wyszedł z powrotem na balkon. Lecieli z wiatrem, powietrze było prawie spokojne, Księżyc wypłynął zza chmur. Niewolnik pracował nad zniszczoną siatką, wiązał ją likotowymi powrozami. Na widok Hieronima przyklęknął na jedno kolano, skłaniając nisko głowę.
Pan Berbelek rozejrzał się wzdłuż rzędu zamkniętych drzwi; wszędzie jeszcze paliło się światło, mętny blask sączy1 się przez wąskie okienka.
— To prawie pośrodku, nie zdążyłby uciec naokoło, do korytarza dziobowego lub rufowego, miał ledwo dwie, trzy sekundy, zanim wyszedłem. Zobaczyłbym go, a przynajmniej usłyszał.
— Masz rację, esthlos, to musiał być ktoś z tych kabin — rzekł Wawzar. — Kto tu, mhm, pan Zajdar, pan Gistej, mhm, twoje dzieci, esthlos i, mhm, twoi słudzy…
— Głupiś. Którędy najłatwiej było mu uciec? Gdzie miał najbliższą kryjówkę? — Pan Berbelek wskazał drzwi, przed którymi stali. — Dobrze wiedział, że kabina Leese jest pusta.