Król Burz należał do licznych kratistosów przegranych w Drugiej Wojnie, w 320 roku Po Upadku Rzymu. Naprawdę nazywał się Juliusz Kadecjusz, syn Juliusza, o tym wszakże wiedzieli bodaj jedynie historycy. Gdy przychodził na świat, nad Półwyspem Iberyjskim rozszalała się siedmiodniowa burza, od której piorunów i wichrów ucierpiały prawie wszystkie miasta i wioski półwyspu. Anthos Króla Burz zawsze najmocniej odbijał się w Ogniu i w Powietrzu. Nie był wszakże na tyle silny, by oprzeć się naciskowi kratistosów, z których aurami sąsiadował: K’Azury, który ostatecznie wziął pod swoje skrzydła całą Iberię, Meuzuleka Czarnego i Józefa Sprawiedliwego z północnej Afryki, Sykstusa z Rzymu, Belli Afrodity spod Alp. Próbował ucieczki na Korse i potem inne wyspy Morza Śródziemnego, lecz terytorium zostało już podzielone, keros zamarzał. Nie chciał kolejnej wojny. Udał się więc dobrowolnie na wygnanie, zabierając wszakże ze sobą swoje miasto, Oroneię. Oroneia zbudowana została na wysokich skałach nad klifami podmywanymi od południa przez ciepłe fale Morza Śródziemnego. Pierwotnie twierdza alexandryjska, potem miasto arabskie, jedno z centrów handlowych izmaelitów manackich, nigdy nie oblegana i nie zniszczona, zachowała swą eklektyczną helleńskoorientalną architekturę i profil stożka o łagodnych stokach, z kamienną cytadelą o białych murach i krępych wieżach pośrodku, na szczycie, i z niską, ogrodową zabudową na zboczach; jeszcze niżej rozsiadły się satelitarne „wsie targowe”, za którymi ciągnęły się pola uprawne i winnice. Król Burz zabrał to wszystko z sobą. Zaczął od morfunku owych skał, stadion pod powierzchnią gruntu, na których płycie spoczywał cały płaskowyż. Nie miał dobrego wyczucia ge, ale też nie chodziło mu o to, by uczynić Ziemię bardziej Ziemią; wręcz przeciwnie. Ponieważ podpisał na życzenie K’Azury List Pokorny, dano mu czas. Po trzydziestu trzech latach skały Oronei, których Forma była już po większej części Formą Ognia i Powietrza, poczęty się przesuwać ku nowemu naturalnemu miejscu swego spoczynku: na niebie, dwadzieścia stadionów nad lśniącym błękitem Morza Śródziemnego, na styku anthosów K’Azury, Belli, Sykstusa i Józefa Sprawiedliwego. W pogodne, bezchmurne dni żeglarze mogli dostrzec Oroneię, małą elipsę cienia pod Słońcem; z lądu była niewidoczna. Przeważnie jednak uznawano jej widok za zły omen, odradzano pływanie tymi szlakami: oronejczycy swoje nieczystości i śmieci zrzucali po prostu do morza i po portach Europy i Afryki krążyły całe legendy o statkach zniszczonych przez „splunięcie Króla Burz”, ludziach potopionych, ładunkach utraconych. Nadto pogoda zawsze była tu kapryśna, anthos Króla Burz, wzmacniając Formę pyru i aeru, co i rusz tworzył huragany, sztormy i tornada. Po części zresztą była to świadoma morfa Juliusza, który musiał jakoś zapewniać Oronei stały dopływ świeżej wody. Jednakże od chwili spopularyzowania świń powietrznych Oroneia wyszła z izolacji, otworzyła się na handel, bardzo poszukiwanym materiałem budowlanym stał się kamień o Formie zmienionej w koronie Króla Burz, tak zwany oroneiges. Ponoć w Alexandrii budowano już z niego całe „pałace powietrzne”, aergarony, realizowano sny szalonych architektów, Tak przynajmniej opowiadała Hieronimowi esthle Amitace.
Kapitan Wawzar podniósł „Al-Hawidżę” na wysokość górnych chmur, aby mogli dobrze się przyjrzeć miastu Króla Burz. Mijali je od wschodu, w odległości kilku stadionów (Wawzar trochę nadłożył drogi). Wszyscy pasażerowie zgromadzili się na prawym pokładzie widokowym. Był wczesny ranek, Słońce mieli po drugiej stronie aerostatu, sami skryci w cieniu, widzieli skąpane w czystym, ciepłym blasku sady, pola i przedmieścia naniebnej metropolii, zębate blanki i potężne wieże cytadeli Króla Burz. Czerwonożółte chorągwie, długie na kilkadziesiąt pusów, powiewały na tych wieżach w strugach mocnego wiatru, ogniste węże. Widzieli ruch na polach i ulicach, wozy i konie, i drobne sylwetki ludzi, lecz mniejszych szczegółów nie byli w stanie dojrzeć. Najbardziej zaciekawiły wszystkich oczywiście wichrorosty, rośliny uprawne wymorfowane z jadalnych pnączy przez oronejskich teknitesów flory. Spływały one daleko poza krawędzie ziemi i w ciężkich, grubych splotach, długich na kilka stadionów, falowały dostojnie na wietrze — zielone macki kamiennej meduzy. Azuz Wawzar opowiadał, jak to późną jesienią, gdy odbywały się swoiste żniwa wichrorostów, można było zobaczyć opuszczających się wzdłuż łodyg oronejczyków, zapiętych w skórzanych uprzężach, z krzywymi mieczami-sierpami na plecach, holujących pęki lin z hakami i pętlami. To były też dni najspokojniejszej pogody.