Gdy Trakt Kanopijski przeskoczył ponad pierwszym kanałem, Szulima wskazała w prawo, na południe, wachlarz celował ponad linię świateł, ponad płaskie dachy. Zobaczyli tylko cienie szczytów najwyższych budowli. — Świątynia Izydy, świątynia Serapisa, świątynia Manat, świątynia Akazy, świątynia Ohrmazdy, świątynia Kristosa, świątynia Posejdona, świątynia Ozyrysa. Wielokrotnie przebudowywane, ale większość pochodzi jeszcze z Ery Alexandryjskiej. Jeśli bogowie istnieją, tutaj właśnie kierują swe spojrzenie każdego ranka po przebudzeniu.
Dotarli na Rynek Świata. Pośrodku skrzyżowania wznosiła się wysoka na pół stadionu kamienna iglica, uwieńczona złotym posągiem mężczyzny. Posąg też musiał być sporych rozmiarów, skoro pan Berbelek bez problemu dojrzał, jaki gest wykonuje złoty mężczyzna: prawą ręką wznosi do nieba miecz, lewą wygładza keros. Był to, oczywiście, Alexander Macedoński. Sznur wiktyk zawinął się wokół iglicy. Gdy ją mijali, wachlarz Szulimy ponownie wskazał na południe. — Biblioteka. Wszystko, co kiedykolwiek napisał człowiek.
Opuściwszy Starą Alexandrię przez Bramę Słońca, przejechali nad drugim kanałem i zagłębili się w dzielnicę żydowską. Dzisiaj niewielu Żydów tu mieszkało, lecz nazwa pozostała; w tym mieście nazwy trwają najdłużej, Materia poddaje się czasowi, lecz Forma pozostaje. Amitace wskazała na lewo, na gigantyczne kolumny tworzące fronton hellenistycznego pałacu, tłusty cień zalegał między kamiennymi filarami. — Tron Tronów; tu, w dniu swych czterdziestych urodzin, Alexander nałożył koronę Króla Świata.
Skręcili w prawo. Minął ich oddział gwardzistów na jednorożcach. Czarne napierśniki na białych chimatach białe trouffy obwinięte wokół głów, brody przystrzyżone na izmaelicką modłę, na plecach podwójne keraunety o czteropusowych lufach i kolbach malowanych w kolorowe wzory, u pasa miecze księżycowe. Jednorożce wymorfowane zostały z zebr, ich wyszczotkować, czarnobiała sierść lśni w miodowym blasku pyrokijnych lamp niczym natłuszczona. Pan Berbelek przymknął oczy. Chciał poczuć, jak pachnie to miasto, wciągnąć do płuc jego smak, znak morfy — ale jedyne, co czuł, to woń perfum Szulimy. Gdzieś nad Morzem Śródziemnym przerzuciła się z pachnideł aegipskich na delikatniejsze, roślinne wonie — jaśmin? kwytra? ful? Siedziała po lewej ręce Hieronima, stykali się biodrami i udami, czuł przez odzienie gorączkę jej ciała; gdy obracała się, by wskazać wachlarzem coś ponad nim, a czyniła to często, jej pierś naciskała lekko na ramię pana Berbeleka. Jeszcze na pokładzie aerostatu odziała się podług alexandryjskiej mody, to znaczy mody Nabuchodonozora: w długą do ziemi, białą spódnicę, spiętą wysoko w talii, szeroki, jedwabny szal, narzucony luźno na ramiona (gdy go rozłożyła, by pokazać Alitei, w promieniach zachodzącego Słońca zapłonął wyszyty złotą nicią fenix) oraz biały płócienny kapelusz o płaskim rondzie. Na przedramionach pozostały wężowe bransolety. Zanim opuścił powieki, pan Berbelek dojrzał, jak dowódca oddziału gwardii kłania się Amitace w siodle, gdy przelotnie obróciła na niego wzrok. Uśmiechu i ruchu wachlarza Szulimy już nie zobaczył; nie musiał, znał tę Formę na pamięć. Sztylet, to musi być sztylet, myślał, gdy jechali na południe, przez coraz cichsze dzielnice, coraz szybciej, w coraz mniejszym tłoku. Sztylet, i nie odwrócę głowy. Jeśli nie ustoję twarzą w twarz, jeśli nie zdołam unieść ręki, to znaczy, żem istotnie nie godzien żyć, niech Czarnoksiężnik bierze, co jego.
Ale — policzył uderzenia serca, siedemnaście, osiemnaście, dobrze — ale słowo Ihmeta to za mało, nawet jeśli zabiła te Leese, to za mało, nawet jeśli zwodzi mnie i sama chce mej zguby w tej przeklętej Alexandrii, po co ja tu przyjechałem — za mało, za mało, potrzebuję potwierdzenia. Test zbyt piękna. Otworzył oczy. — Parseidy, wzgórza pałacowe — mówiła, a wachlarz łagodnymi łukami obrysowywał wyniosłe cienie — to znaczy nie wzgórza, ale całe to wybrzeże Mareotu zostało mocno przemorfowane podczas Piątej Wojny Kratistosów, gdy Nabuchodonozor wypierał Chimeroysa Skarabeusza; teraz mieszczą się tu miejskie rezydencje aristokracji. Oczywiście sporo czasu spędza się w wiejskich posiadłościach w górze Nilu, o ile wiem, Laetitia teraz tam właśnie przebywa — ale kto świadomie rezygnuje z dobrodziejstw anthosu Nabuchodonozora? Nie mówiąc już o tym, że nie jest rozsądnie oddalać się na zbyt długo od dworu Hypatii. Laetitia, co prawda, jest z nią spokrewniona przez babkę ze strony ojca, ale… A otóż i jej pałac.