Krawiec, stary Med, zdjął miarę osobiście, machnięciem ręki odpędzając pracowników. Pan Berbelek zamówił kilkanaście kompletów ubrań i zakupił jedno już gotowe, uszyte dla kogoś innego, lecz: — On może poczekać — skwitował Med, wydymając wargi. Biel na bieli: luźne, bawełniane szalwary, obszerna kirouffa z bawełny i jedwabiu, z błękitnym wzorem na rękawach. Kirouffa była wytworną wersją humusu, o połach sięgających ziemi i sutym kapturze. Można było ją zapiąć, aczkolwiek za dnia chodziło się w rozpiętej. Do kompletu należały sandały, lecz Hieronim pozostał przy neurskich jugrach o wysokiej cholewie. Med obiecał resztę ubrań jeszcze w tym tygodniu. Odprowadził pana Berbeleka do bramy, nieustannie gnąc się w ukłonach, ten jednak nie miał złudzeń: krawiec tak naprawdę kłania się esthle Lotte.
Wsiadając do wiktyki, Hieronim skrył głowę w cieniu kaptura.
Ihmet Zajdar czekał, jak obiecał, pod posągiem Alexandra na Rynku Świata; mimo tłumu znaleźli go bez kłopotu. Rzuciwszy na Farada krótkie spojrzenie, zaczął od razu w ockim:
— Trzy rzeczy. Po pierwsze, to polowanie. Rzeczywiście ciekawa sprawa, pokażę ci, co oni przywożą z południa. Chyba faktycznie nie zmarnuję czasu, prędzej czy później pewnie sam bym pojechał. Słyszałem, że w mieście są Daniel z Orme i stara Lucinda; nie wiem, czy dopiero wybierają się tam, czy już wrócili. Po drugie, dobra rada dla esthlosa Njute: pażuba. Nowe ziele. W Złotych Królestwach już wypiera haszisz. Idzie na północ z karawanami kadzidlanymi, wkrótce przeskoczy z Europy do Herdonu. Po trzecie, ona. Musimy zdecydować: tu czy wypadek podczas łowów.
Zajdar również porzucił europejskie szaty. W kryjącym go od stóp do głów czarnym dżulbabie, z bambusową laską w dłoni, wyglądał jak jeden z Pielgrzymów do Kamienia. Zresztą może rzeczywiście zamierzał wybrać się do AlKaby. Nigdy przecież nie zadeklarował otwarcie swego uczestnictwa w polowaniu z esthle Amitace.
Wskoczył do powozu i usiadłszy po lewicy pana Berbeleka, trzepnął wiktykarzy bambusem po plecach. Krzyknął coś w pahlavi. Ruszyli, zakręcając w Trakt Beleucki, na południe. Słońce bluzgnęło im w oczy. Hieronim naciągnął głębiej kaptur.
— Jak słyszę — podjął w ockim — to już w tej chwili samo się nakręca. Przybywają nimrodowie, coraz słynniejsi, skuszeni plotkami o polowaniach na bestie, jakich świat nie widział, jadą na południe, do nich przyłączają się znudzeni aristokraci, płacąc sowicie, no bo gdzież wspanialsze łowy niż w anthosie tak wielkich myśliwych? Więc co sezon rusza wyprawa za wyprawą, dżurdże, jak je tu nazywają, już nie wypada choć raz nie wziąć udziału, forma towarzyska ogarnia miasto, kraj, powstają pierwsze pieśni i sztuki. Wiedzą, że to forma, ale chcą jej ulec. Pojedziesz? Tylko ogłoś, że jedziesz, też będziesz miał listę chętnych.
— A ty, esthlos? Nie wybierasz się? Aa, no tak, jeśli dostaniesz ją tutaj…
Czy tak mówi o swoich ofiarach? — pomyślał Hieronim. Stojąc z dymiącym keraunetem nad okrwawionymi zwłokami. „Dostałem ją”.
— Czemu sam tego nie zrobisz — mruknął — skoro najwyraźniej tak ci na tym zależy?
Nimrod skierował błękitne spojrzenie na pana Berbeleka. Czy w ogóle dojrzał jego twarz w cieniu kaptura? Bambus stukał o burtę wiktyki. — A chcesz tego, esthlos?
Pan Berbelek nie odwrócił wzroku i Pers w końcu opuścił oczy.
— Moja jest — rzekł pan Berbelek.
— Niebo słyszało, ziemia słyszała — przytaknął pokornie nimrod.
Pan Berbelek policzył uderzenia serca. Dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć, dobrze. Skoro już raz usiadł na dłoni — czemuż nie oswoić tego jastrzębia?
— Teraz powiesz, czegoś nie powiedział.
Ihmet wpatrywał się w koniuszek kija podskakujący w rytm obrotów wysokich kół wiktyki.
— Ardżer, osiemdziesiąty pierwszy, Ręka Thora. Miałeś tylko jedną setnię. Nie widziałem ich od lat, ale to nie znaczy, że nie obchodzi mnie ich los, ty powinieneś to zrozumieć, esthlos. Brat, cała jego rodzina. Nie żyliby. Wyprowadziłeś ostatniego mieszkańca; a nie powinieneś był, statki poszły na dno, Bałtyk był Thora. Uratowałeś wszystkich. Skoro teraz Czarnoksiężnik sięga po ciebie… Jakże mógłbym stać bezczynnie? Esthlos.
Niesamowite, zdumiał się Hieronim, poprawiając machinalnie fałdy kirouffy. Na te tysiące śmiertelnych wrogów, których człowiek narobił sobie, paląc miasta i wyrzynając armie, na te dziesiątki tysięcy — rzeczywiście zyskuje się przy okazji jednego czy dwóch przyjaciół…!