Wiktyka wjechała tymczasem na Most Beleuta, przecinający ukośnie Jezioro Mareotyjskie. Tu rozciągał się Wewnętrzny Port, zmodernizowany za czasów poprzedniej Hypatii, gdy po raz kolejny poszerzono i pogłębiono kanały łączące jezioro z Nilem i Morzem Śródziemnym. Mareot zawsze był jeziorem słonym, ale teraz stanowił właściwie dodatkową zatokę morską. Alexandria rozbudowywała się wokół niego, na nim i nad nim. Z mostu widzieli pierwsze aergarony, pałace zawieszone nad wodami Mareotu, wznoszone przy wschodnim brzegu, gdzie według prawa mogły pływać jedynie łodzie aristokratów. Farad zaraz objaśnił, który aergaron należy do kogo i kto aktualnie przegrywa w tym architektonicznym wyścigu. Z prawej strony natomiast ciągnęły się w łamanej linii kamienne nabrzeża handlowe, cumowały tu feluki i galery, statki morskie i transokeaniki, prawdziwa gęstwa masztów, dźwigów, takielunku. Farad wskazał Hieronimowi składy Kompanii Afrykańskiej, olbrzymie silosy i bakhauzy.

Z mostu zjechali w ulice Górnej Alexandrii. Tu już nie było mowy o starożytnych budowlach, tysiącletnich świątyniach i murach pamiętających czasy Pierwszego Kratistosa. Murowane budynki wznosiły się na siedem, dziesięć, piętnaście pięter, nierzadko łącząc się ze sobą ponad ulicami, co z jednej strony gwarantowało przechodniom błogosławiony cień, z drugiej zaś — człowiek odnosił wrażenie, że wjeżdża do jednego, wielkiego budynku, brudnego labiryntu gigantycznych korytarzy, gdzie można się tylko zagubić. W tej prawie zamkniętej przestrzeni kakofonia głosów ludzkich i zwierzęcych, egzotycznej muzyki i równie egzotycznych śpiewów, niemalże ogłuszała. Pan Berbelek uniósł głowę. Niebo migało nad nim w nieregularnych prześwitach między chodnikami łączącymi tarasy. Tam, na wyższych kondygnacjach, i na płaskich dachach tych domów, tam toczyło się pod słońcem Nabuchodonozora drugie, równoległe życie: piesi, wiktyki, wielbłądy, zebry, humije, konie, muły, kozy, stragany i przekupnie, sklepy i warsztaty. Tylko muchy, moskity i zarży tak samo kłębiły się w słońcu i cieniu. Pan Berbelek niecierpliwym ruchem strącił sobie z twarzy nachalne owady; zaraz wróciły.

Z niewidocznego minaretu muezzin zawodził azan do Popołudniowej modlitwy.

Zakręcali tyle razy, że gdy w końcu się zatrzymali,

Hieronim miał trudności nawet z orientacją podług stron świata. Zajdar zeskoczył pierwszy, bez pukania otworzył drzwi i wszedł do wnętrza. Wiktyka stała w ciemnym, ślepym zaułku, dom miał kraty w oknach, na ścianach świeże wapno. Pan Berbelek wciągnął powietrze przez nos i pożałował: cuchnęło okropnie. Nad drzwiami wisiał szyld, ale napis nie posiadał wersji greckiej.

— Demiurgos Harszin, syn Zebedeusza, syna Kodżiego, taxodermista — przeczytał Farad. Tytuł demiurgosa na szyldzie nie znaczył nic: co drugi rzemieślnik ogłaszał się bez mała teknitesem.

Weszli do środka.

— Bogowie — westchnął Farad, rozglądając się po sali i zatykając nos.

Mimo licznych okien, więcej światła pochodziło z umieszczonych wysoko pod sufitem lamp; okna przesłonięte były stertami zwierzęcych trucheł, wyprawionych i niewyprawionych skór, szkieletów i pojedynczych kości, przeźroczystych i nieprzeźroczystych słojów z zakonserwowanymi w nich fragmentami ciał, jeszcze bardziej tajemniczych pudeł i skrzynek zamkniętych. Piętrzyło się to w hałdach pod wszystkimi ścianami, niegdyś zapewne poustawiane na półkach; może zresztą krył się tam na regałach jakiś porządek, oko bowiem dostrzegało jedynie chaos.

Pan Berbelek przeszedł ku środkowi sali, gdzie na równoległych stołach prezentowały się w całej swej ohydnej glorii nie ukończone jeszcze dzieła mistrza taxodermisty. Dalej, w przejściu do izb w głębi, stały dzieła gotowe. W sumie gapiła się w tej chwili na Hieronima ponad setka martwych ślepi — a co z tymi zwierzętami, co oczu nie mają, i tymi, co wytrzeszczają na razie suche oczodoły…? Pan Berbelek dotknął ostrożnie rozwartego pyska wyprężonego do skoku drapieżcy.

— Co to jest? Hyena?

— Aaaa, nie, nie, esthlos — garbaty staruszek półnegrowej morfy podreptał do pana Berbeleka, przerywając szeptaną rozmowę z Zajdarem. — To zamówienie specjalne, wyzwanie dla demiurgosa. Uśmiechając się, poklepał drapieżnika po nagim, to znaczy bezskórnym grzbiecie. — Nie ma takich istot, ja je tworzę, składam z martwych części. Zrzuciwszy biały kaptur, pan Berbelek rozejrzał się po sali.

— Jak zatem poznać, które zwierzęta są prawdziwe? Nie znam się na miejscowej faunie. To na przykład — to będzie ptak, prawda?

— Aaaa, esthlos, to jest pytanie, to jest pytanie! — Harszin jął kiwać energicznie łysą głową, szarpiąc się przy tym za rzadką siwą brodę. Hieronim spostrzegł teraz, że taxodermista ma lewe oko pokryte bielmem, a ciało wykrzywia mu nie tylko garb: częściowy paraliż zniewala jego lewe ramię, unosząc łokieć pod nienaturalnym kątem. Jaka jest natura szaleństwa tego człowieka? Skoro nawet żyjąc w kalokagatycznej koronie Nabuchodonozora ulega podobnym deformacjom… Przynajmniej jego grecki pozostaje krystalicznie czysty.

Перейти на страницу:

Похожие книги