Tak sobie zrazu pomyślał pan Berbelek, gdy na nie spojrzał, ponieważ z góry nakierowany był przez słowa Zajdara i Harszina na formy zwierzęce; ale po trzecim uderzeniu serca przyszła refleksja: jakie zwierzęta, to nie są, nie były zwierzęta. Nie wiedział, co to mogło być.
Po lewej miał ciemny krzak splątanych żył i ścięgien, bez krwi, bez kości, chaos wyprutych na żółte światło organów wewnętrznych — ale co to były za organy, w jakie ciało opakowane, w jakim kształcie? Ani dołu, ani góry, ani grzbietu, ani boków, ani głowy, ani ogona, jeno ciasny splot czarnych tętnic i szarych wiązadeł, nie łączących ze sobą żadnych części organizmu, kończących się i zaczynających w pustce.
Na stole na wprost pana Berbeleka wisiał między drutami czerwony jak krew niemowlęcia szkielet gigantycznego motyla. Oczywiście, motyle nie posiadają kości. Lecz oko widzi, umysł nazywa. Żeby jeszcze ten „motyl” miał głowę — ale nie miał, z obu stron wieńczyły go przezroczyste balony z napiętej błony, które w połowie wypełniała jakaś oleista maź. Lewe skrzydło „motyla”, a raczej kości lewego skrzydła — były dwukrotnie większe od kości skrzydła prawego.
Na stole po prawej druty spinały oskórowane członki wielkiej małpy, członki i łeb. Brakowało torsu.
— Mówią, że tak właśnie wyglądała — odpowiedział taxodermista na pytające spojrzenie pana Berbeleka. — Że w środku była tylko zielona mgła. I z tej mgły — łapy, nogi… Ponoć skropliła się i wyparowała, gdy wracali do Alexandrii. I co ja mam z tym począć? — rozłożył bezradnie ręce demiurgos, a lewy łokieć podskoczył mu wyżej barku. Ihmet Zajdar podszedł do niemotyla, powoli przeciągnął paznokciem po balonie oślizgłej błony.
— Cóż, kule się ich imają — mruknął.
Po czym uśmiechnął się krzywo do pana Berbeleka, jakby już zupełnie wyzwolony spod jego Formy.
— No i jak? Nie zapolujesz, esthlos?
Nazajutrz, w Dies Lunae, 28 Aprilisa, pan Berbelek udał się do Biblioteki Alexandryjskiej. Farada odprawił już z rana. Nikt nie widział, jak Hieronim wyjmuje spod fałszywego dna swego kufra podróżnego podniszczoną książkę w czarnych okładkach i chowa ją w głębokiej kieszeni kirouffy.
Muzeum, założone przez Alexandra w sześćdziesiąte urodziny na wzór ateńskiego Lyceum jego nauczyciela i drugiego ojca, Aristotelesa, pierwotnie składało się z kapliczek poświęconych Muzom (z czasem przekształconych w świątynie najrozmaitszych bóstw), ogrodów, gdzie prowadzono pod otwartym niebem wykłady (z czasem wchłoniętych przez Ogrody Parethene), bestiarium (również wchłoniętego przez Ogrody) oraz założonej przez samego Aristotla biblioteki. Biblioteka, także finansowana z rządowego skarbca, nie skupiała się na dociekaniach fizycznych i poszukiwaniu zofii i okazała się najbardziej użyteczna dla biurokratycznego centrum Imperium Alexandryjskiego, jakim szybko stało się miasto. Wkrótce uniezależniła się, rozbudowując się ponad wszelkie zamierzenia twórcy. Obecnie, po blisko dwóch tysiącach lat nieprzerwanego zbierania, kopiowania, tłumaczenia i archiwizowania książek i wszelkich innych materialnych nośników myśli ludzkiej, Wielka Biblioteka w samej Alexandrii zajmowała ponad dwadzieścia budynków, gdzie pomieszczono kilkaset milionów tomów; nadto istniały rozliczne filie Biblioteki w krajach byłego Imperium. Jedynie Biblioteka Pergamońska za czasów potęgi Seleukidytów mogła się z nią równać.
Dla człowieka z ulicy chcącego skorzystać z tej skarbnicy wiedzy właściwą drogą była droga przez Serapeum. Świątynia Serapisa jako pierwsza została zaanektowana przez rozrastającą się Bibliotekę. Nadal stanowiła miejsce kultu boga płodności i śmierci — choć tu pierwszeństwo posiadała słynąca z licznych uzdrowień świątynia kanopijska — lecz przede wszystkim pełniła rolę publicznego wejścia do Biblioteki. Bibliotekarze i kapłani przez wieki wypracowali kodeks pokojowego współżycia, z którego obie strony były zadowolone.
Wiktyka pana Berbeleka przejechała przez most nad Jeziorem Mareotejskim, skręciła z Traktu Beleuckiego w lewo i ugrzęzłszy w tłoku ulicznym, zatrzymała się pośrodku południowozachodniego kwartału Starej Alexandrii. Hieronim zapłacił wiktykarzowi, po czym, narzuciwszy kaptur na głowę, wtopił się w nurt przechodniów. Wzorem Zajdara nabył bambusowy kij, tak zwaną ryktę — służyła ona głównie do dźgania innych przechodniów w żebra i obijania im łydek, tudzież zastawiania się przed ryktami cudzymi. Aristokraci z zasady nie poruszali się po mieście pieszo i bez towarzystwa sług.
Do Serapeum nie mógł nie trafić, widział je już z daleka. Nawet nie w tym rzecz, że sama budowla była wysoka — a była — lecz stała na olbrzymiej platformie wyniesionej ponad miasto. Pan Berbelek, wspinając się, liczył stopnie wielkich schodów. Sto sześćdziesiąt trzy. Na środku platformy wznosiło się sanktuarium otoczone marmurową kolumnadą. Nie było drzwi ani strażników, w każdym razie —