Hieronim ich nie dostrzegł; każdy mógł wejść. Za kolumnada za cienistym przedsionkiem ze lśniącą mozaiką nasufitową, przedstawiającą Słońce, otwierała się Wielka Sala świątyni, z posągiem Serapisa w centrum. Nie był to oryginalny posąg dłuta Briaxisa, wykonany na osobiste zlecenie Alexandra — tamten uległ zniszczeniu podczas Drugiego Powstania Pitagorejskiego. Zastąpiono go figurą przeniesioną z Serapeum kanopijskiego. Brodaty bóg siedział z rozłożonymi ramionami — pod jednym przycupnął dwugłowy pies, o drugie wspierał się masywny skeptron — a był tak olbrzymi, że jego dłonie dotykały ścian po obu stronach. Ściany były pokryte ornamentami ze złota, srebra i brązu; sam bóg wykonany został ze złota, srebra, ołowiu, rubii i cyny, szafirów, hematytów, emeraldów i topazów. Wysoko w jednej ze ścian znajdowało się małe okno, które otwierano w dzień celebry, gdy wnoszono do sanktuarium Żywe Słońce; przez to okienko wpadał wówczas wąski promień słoneczny i kładł się jasnym pocałunkiem na wargach boga. Samo Żywe Słońce podnoszono na wysokość jego ust — tam zawisało w powietrzu, pomiędzy otwartymi dłońmi boga. Gdy przejeżdżali wczoraj przed świątynią, Farad usłużnie wyjaśnił panu Berbelekowi, iż w ręce Serapisa wbudowano potężne magnesy. Hieronim żałował, że nie dane mu już będzie ujrzeć celebry w ignorancji, jak powinno się czcić wszelkich bogów.
Za posągiem po obu stronach otwierały się drzwi prowadzące do naw bocznych i dalej, w podziemia, ciągle powiększanym labiryntem magazynów sięgające głównego budynku Biblioteki. Pod prawym ramieniem Serapisa znajdował się stół datków dla świątyni, pod lewym — stół datków dla Biblioteki. Darowizny były oczywiście dobrowolne i ich wysokość dowolna, lecz Farad w swoim niepowstrzymywalnym słowotoku zdążył był objaśnić panu Berbelekowi także tę tradycję.
Hieronim skręcił w prawo, sięgnął do wewnętrznej kieszeni kirouffy i złożył na stole pięć talentów zbożowych. Urzędnik Biblioteki podniósł wzrok znad księgi datków.
Pan Berbelek oparł na krawędzi stołu dłoń z pierścieniem rodowym na serdecznym palcu.
— Esthlos Hieronim BerbelekzOstroga szuka mądrości w przybytku Muz — rzekł po grecku.
Urzędnik skinął na jednego z nagich niewolników przykucniętych obok pod ścianą. Niewolnik przyskoczył ku niemu; urzędnik szepnął mu coś do ucha. Doulos oddalił się szybkim krokiem w głąb bocznej nawy.
— Raczysz spocząć, esthlos.
Pan Berbelek usiadł na marmurowej ławie za plecami Serapisa. Dłonie oparł na rykcie wpartej w posadzkę między stopami. Twarz krył mu biały kaptur; żelazny pierścień z Szarańczą stanowił jedyny widoczny znak tożsamości.
— Esthlos?
Uniósł głowę. Przywołana bibliotekarka była bez wątpienia rodowitą alexandryjką, jeśli sądzić po miedzianej skórze, piersiach o klasycznym kształcie, czarnych włosach i prostym, wąskim nosie. Długą spódnicę spinała wysoko w talii sprzączka z gemmem Biblioteki.
Zaprowadziła go do wschodniej nawy, gdzie usiedli przy jednym z niskich marmurowych blatów zastawionych stosami książek. Dwoje bibliotekarzy pracowało w głębi pomieszczenia, rozmawiając cicho nad rozłożonymi papierami. Było to sanktuarium cienia, chłodu i ciszy; lampy dawały tylko tyle światła, by dało się przy nim czytać.
Bibliotekarka poczęstowała Hieronima miodorańczą z wypełnionej owocami misy. Podziękował.
— Berenice — przedstawiła się. — W czym mogę pomóc. Wyjął książkę. Berenice wyciągnęła rękę. Po ledwie zauważalnym momencie wahania wręczył jej czarny tom.
Otworzyła go, przewróciła kilka stron i spojrzała pytająco na pana Berbeleka.
— Greckie, ockie, gaelickie, vistulskie, gockie, moskiewskie lub łacińskie tłumaczenie. Macie któreś z nich? Na pewno macie.
Berenice w zamyśleniu ułożyła sobie zamkniętą książkę na kolanach — brudna czerń na miękkiej bieli — splotła na niej dłonie — teraz spostrzegł, że na kciukach nosi identyczne obrączki — i pochyliła lekko głowę. Oboje skryli swoje twarze: ona — za zasłoną włosów, on — w cieniu kaptura.
— Chciałabym wiedzieć, jak wszedłeś w jej posiadanie, esthlos.
— Macie te tłumaczenia czy nie?
— Och, na pewno mamy.
— Więc?
— Jak? — powtórzyła. — Esthlos?
— O co chodzi? To jakiś rzadki okaz?
— Naprawdę nie wiesz —
— Czy przychodziłbym tutaj i pytał —
— No tak. Tak. — Milczała przez chwilę. — Właściwie powinnam o tym zameldować zwierzchnikom.
— O czym, na bogów? Przynajmniej powiedz mi, co to za książka. Co to za język. Co w niej jest napisane. Wiesz przecież.
— Wiem, wiem, znamy takie książki.
Sposób, w jaki to powiedziała — intonacja, z jaką opuściło jej wargi słowo „takie” — otworzył w głowie Hieronima ścieżkę szybkich skojarzeń. Biblioteka Alexandryjska jest instytucją teoretycznie niezależną, lecz znajduje się przecież na ziemi Hypatii, w anthosie Nabuchodonozora. Berenice, będąc rodowitą alexandryjką, nosi w sobie wszystkie dobrodziejstwa i przekleństwa tej Formy.
Pan Berbelek zrzucił kaptur. Obróciwszy się ku kobiecie, ujął ją lekko za ramię. Drgnęła.
— Możesz mi powiedzieć — rzekł. — Powinnaś. Odruchowo skinęła głową.