— Chthonitharchoth, Iahveth, Eulamo, teraz posiada duszę. Dotykaj tylko rękojeści, ostrze zabija. Musiałem znaleźć naprawdę szalonego demiurgosa, kowala wody, ostatnie dni rozpadu, ciało rozlewa się na wszystkie strony w czarny mór; tylko on był w stanie wmorfować jad w metal. Irga, z żądła mantikory, zabija wszystko, co żywe — dotknięcie pali skórę, draśniesz i jad wchodzi w krew, wbij głęboko, a nawet kratistos nie zdzierży. Unikaj wody i rdzy, esthlos. Trzymaj w zimnie, w ciemności.

Sztylet miał chaldajskie ostrze — wąski język jasnego metalu kręty niczym liść hiewoi, niczym płomień, wąż atakujący — co jednoznacznie wskazywało na jego przeznaczenie: był to oręż przeciwko Formie, nie Materii. Pan Berbelek oczywiście nie wierzył w te wszystkie magiczne bzdury, z trudem zachował obojętny wyraz twarzy, gdy Panatakis mamrotał przez kilka minut bezsensowne onomata barbarika — musiał jednak przyznać, że była to piękna broń. Kiedy ważył ją w dłoni, dreszcz przebiegł mu po plecach, zimna elegancja wpisanej w przedmiot śmierci czyniła ze sztyletu swoiste dzieło sztuki. Demiurgos nie użył żadnych drogich metali, szlachetnych kamieni, nie bawił się w ryty i ornamenta: gładka stal, szczupły jelec, prosta rękojeść, okrągła głowica. Pochwa wykonana była ze skóry krokodyla. Dołączono także trzy rzemienie z zatrzaskowymi sprzączkami; przeciągnąwszy rzemienie przez symetryczne otwory pochwy, można było przypiąć sztylet za pasem, na nodze, na ręce. Czwarty rzemień zabezpieczał sam sztylet, przypadkowe wysunięcie i dotknięcie klingi groziło wszak co najmniej zakażeniem skóry.

Pan Berbelek oczywiście nie powiedział Panatakisowi, do czego potrzebuje tak śmiercionośnej broni. Zresztą nie musiał: przyszedł był do kupca (tym razem do jego domu) następnego dnia po przyjęciu u esthle Lotte i cała Alexandria nie mówiła o niczym innym, jeno o zamachu na Izydora Woła.

— Cicho, powiadam, cicho i bez świadków! — kręcił głową Aneis, dolewając Hieronimowi ziołowego wina, którego hurtowym eksportem do Herdonu starał się zainteresować współwłaściciela NIB. Siedzieli na pokrytej wieloma warstwami kobierców podłodze szerokiego balkonu, pięć pięter nad główną ulicą Kartaku, nowej dzielnicy indyjskiej. — Tak się morduje. A to? To jest fucha, partactwo i obraza bogów! Tfu!

— Wół nie rusza się z domu na krok; musieliby nań regularny szturm przypuścić.

— Ha! I oto jest pytanie: skąd wiedzieli, że pojawi się u esthle Lotte? I to z takim wyprzedzeniem, że zdążyli zorganizować gampantropy! Nie chciałbym być teraz w skórze domowników Woła, on już się nie zadowoli byle przysięgą.

— Prawda, ty prowadziłeś z nim interesy.

— Kilkanaście lat, tak. Miałem nawet nadzieję, że ożeni się z Mają. Może to i lepiej, że nic z tego nie wyszło…

— To było jednak mądre posunięcie — zauważył pan Berbelek — to z gampatropami: tylko one mogły wedrzeć się na ziemię Lotte, nie alarmując natychmiast jej gampartów. Laetitia ma ich kilka tuzinów, unikalna morfa rodowa, wyczują każdego obcego. To był dobrze zaplanowany zadach, właściwie powinien był się udać.

— Z drugiej strony, ilu jest w Aegipcie teknitesów fauny zdolnych wyhodować takich sygemorfów człowieka i zwierzęcia? Trzech? Czterech? A Hypatia nigdy nie daruje ataku na dom swej krewnej.

— Nawet jeśli któryś teknites się przyzna, to co? Hodować mu wolno. A kto od niego kupował? Pośrednik pośrednika pośrednika. Któryś z nich już na pewno wyładował w brzuchach krokodyli — i ślad się urywa. Żeby Izydor miał jednego wroga, sprawa byłaby oczywista — ale jak słyszę, on ma tych wrogów tylu, że bez końca mogą zrzucać wzajem na siebie podejrzenia.

— Święta prawda, święta prawda, sam bym nie potrafił wymienić wszystkich gotowych zabić za otwarty dostęp do Krzywych Krain; muszą się spodziewać wielkich zysków, chociaż doprawdy nie wiem, na jakiej podstawie. Będą kolejne mordy, to pewne. Ale to zawsze tak jest, gdy pojawia się nowy rynek, nowy towar. No właśnie, esthlos, jak smakuje?

— Mhm, pewnie można się przyzwyczaić. Aneis, sądzę, że powinienem się rozglądnąć za bronią.

— Keraunetem?

— Nie, czymś niewielkim, na wszelki wypadek, ale że od jednego ciosu padłby nawet behemot. Sztylet, niech to będzie sztylet.

— Rozumiem, rozumiem — pokiwał głową Panatakis.

Po tygodniu wręczył go Hieronimowi na tym samym balkonie. Umowy podpisane z Kompanią Afrykańską obiecywały Panatakisowi zyski na tyle duże, że bezpieczeństwo pana Berbeleka stało się nagle dla starego faktora ważniejsze od bezpieczeństwa jego wnucząt: człowiek spogląda człowiekowi w twarz, człowiek ściska człowiekowi rękę, podczas gdy Dom Kupiecki nie posiada woli, honoru, morfy, po śmierci esthlosa Berbeleka trzeba by zaczynać z esthlosem Anudżabarem wszystko od nowa.

Co do pierwszej prośby Hieronima, to tu sprawy posuwały się znacznie wolniej. Panatakis posyłał panu Berbelekowi przez swoich ludzi listy z pozyskiwanymi sukcesywnie informacjami; nie było ich za wiele.

Перейти на страницу:

Похожие книги