Po wieczerzy, gdy goście rozdzielili się i część udała się do sali tańców, część — oglądać występy opłaconych przez Laetitię aktorów, akrobatów i magoi, część rozeszła się po pałacu, a część wyszła do ogrodu — esthlos Anudżabar zaprosił pana Berbeleka na fajkę pod Księżycem. Księżyc był w półcieniu, rozcięty światłem i ciemnością dokładnie między morzami, rzucał na ogród różowy blask, w którym wszystko było bardziej miękkie, obłe i śliskie. Usiedli na jednej z kamiennych ław, otaczających plac z wodotryskami. Statuy mężczyzn, kobiet i fantastycznych kakomorfów, z których pod różnymi kątami tryskała woda, wykonane były podług kanonów sztuki nabuchodonozorowej — helleński naturalizm, jednolite proporcje, aegipski ideał piękna — podczas gdy sam pałac powstał jeszcze za czasów Chimeroysa, potem jedynie odnawiany i przystosowany do nowych obyczajów. Stąd między innymi atrium otwarte na frontowy dziedziniec i irytująca asymetria planu. Berbelek i Anudżabar usiedli po lewej stronie placu. Przed sobą, za kurtynami srebrnych kropel, mieli rozświetlony tysiącem lamp i pochodni profil budynku; za plecami — szelest niewidocznych palm i akacji, i szum wód bliskiego Jeziora Mareotejskiego; a ponad głowami — bezchmurne niebo tak gęsto inkrustowane gwiazdami, że nawet bez półksiężyca niemal oślepiające. Alejkami spacerowała leniwie para gampartów.

Doulos przyniósł długie fajki z drzewa horusowego, o kamiennych cybuchach. Qethar wybrał ze szkatułki zielnej mieszankę, jedna czwarta hasziszu. Zapalili. Do ogrodu wychodzili inni goście, zazwyczaj zatrzymując się przy kompleksie wodotrysków. Pan Berbelek spostrzegł Abla w otoczeniu kilku młodszych gości. Już wcześniej rzuciła mu się w oczy zmiana, trudne do pochwycenia w pojedynczym obrazie przesunięcie ciężaru Formy chłopaka. Na przykład teraz: ustawiają się wokół niego tak, by wszyscy mogli widzieć jego twarz, milkną, gdy on mówi, nie przerywają temu, na którego właśnie patrzy — starsi przecież od Abla, wyżej urodzeni, mężczyźni i kobiety. Ogląda się na przechodzącego niewolnika — nawet nie zdążył wyciągnąć ręki, ktoś inny podaje mu kielich z tacy. Śmieją się, gdy on się śmieje. Coś się za tym kryje, coś się wydarzyło — ale w jakiej formie mógłbym go o to otwarcie zapytać? Czy w ogóle istnieje taka forma?

— „W krzyku poznajemy wroga, w milczeniu — przyjaciela” — zacytował esthlos Anudżabar.

— „Największe kłamstwa wypowiadane są w ciszy” — odpowiedział cytatem pan Berbelek.

Siedzieli zwróceni w tę samą stronę — nogi wyciągnięte na krótko przyciętej trawie, fajki oparte na piersi — nie patrzyli na siebie, noc pośredniczyła w dialogu.

— „Ludzie silni są ludźmi prawymi i prawdomównymi, albowiem każde kłamstwo wymaga wyparcia się swojej morfy i kłamcy najdoskonalsi wkrótce zapominają, kim są”.

— „Gdy spotka się dwóch kłamców, czyja Forma zwycięży: lepszego czy gorszego kłamcy?”

— Zdobywszy miasto, Xerxes rozkazał ściąć wszystkich ocalałych jego mieszkańców, albowiem zamknęli przed nim bramy i opierali mu się, chociaż wcześniej poprzysięgli lojalność. Wówczas poczęli występować kolejni pokonani, zaklinając się, iż oni pragnęli dochować przysięgi, lecz nic nie mogli poradzić przeciwko większości. Xerxes zapytał tych, którzy milczeli, czy to prawda. Zaprzeczyli. Kazał ściąć wszystkich. Zapytany, skąd wiedział, którzy kłamali, odparł: „Ponieważ ich pokonałem”.

— „Nie wierz człowiekowi, który nie wypowiedział w życiu ani jednego kłamstwa”.

— Jedną co najmniej korzyść odnoszą kłamcy: że gdy mówią prawdę, nikt im nie wierzy.

— „Obraża bogów, kto okłamuje dziecko”.

rodzinie kłamców przyszło na świat prawdomówne dziecko. Jak to możliwe? Ponieważ kłamcami byli ojciec i matka.

— „Gdyby wszystkie dzieci dziedziczyły Formę swoich rodziców, nie byłoby nadziei dla rodzaju ludzkiego”.

— „Któż życzy źle własnemu dziecku? Wszyscy chcielibyśmy ujrzeć je lepszymi, niż sami mieliśmy wolę się stać, i tak je wychowujemy; a one — swoje dzieci. W ten sposób w skończonej liczbie pokoleń osiągnięta zostanie doskonałość”.

— Masz dzieci?

— Siedmioro.

— Ja tylko tych dwoje.

— Odziedziczyły jasną i silną morfę. Widzisz to, prawda?

— Tak. Tak.

— I ów moment, kiedy po raz pierwszy łapiesz się na tym, że pracujesz nie dla siebie, nie dla własnych ambicji, ale z myślą o tym, co nadejdzie po twojej śmierci.

— Tak, chyba tak. Ja ostatnio raczej nie miałem wielkich ambicji.

— Ale jednak posiadasz jakieś wyobrażenie przyszłości, w której… Nie? To przynajmniej ich przyszłości.

— Bo właściwie dlaczego miałbym chcieć zapewnić im bogactwo? Jeśli okażą się na tyle silni, zdobędą je sami, prawda? A słabi — i tak je zmarnują.

— Ostatecznie więc dlaczego w ogóle mielibyśmy tracić czas na zamartwianie się burzami, potworami morskimi, mieliznami, piratami, podstępną konkurencją, kaprysami rynku, zmiennymi cenami, nieuczciwymi wspólnikami, kłamliwymi partnerami — i walczyć o coraz większe bogactwo?

Pan Berbelek wzruszył ramionami i powoli wypuścił z ust słodkawy dym.

— Dlaczego?

Перейти на страницу:

Похожие книги