Dlaczego jednak on ciągle jest wolniejszy? Ręka powinna wyprzedzić każdą myśl. Tymczasem zanim zdążył wysunąć ostrze z pochwy, Szulima już siedziała mu na kolanach, oparłszy stopy o lewą burtę łodzi, objąwszy Hieronima za szyję, uwięziwszy jego dłoń zaciśniętą na stalowej rękojeści pomiędzy ich ciałami, i szeptała mu do ucha w aristokratycznej grece słowa jak krople gorącego miodu:

— Hieronimie, Hieronimie, Hieronimie. Posłuchaj mego serca, wypij mój oddech, ujrzyj moją rozkosz. Przecież nie skłamię ci morfy. Czy ja przychodzę od Roga? Czy jest we mnie choć ślad Formy Maksyma Wdowca? Kto tu bardziej podobny jest bogowi czarnej żałoby i tragicznej miłości? Powiedz. Jakże ja mogłabym służyć Czarnoksiężnikowi? Nie powinieneś tak myśleć.

— Byłaś tam.

— Byłam tam, siedziałam u jego boku. W jaki sposób kratistosi porozumiewają się ze sobą, w jaki sposób negocjują, zawierają przymierza, ustalają granice wpływów, dzielą keros? Króla, władcę, wodza mogą wezwać do siebie, nawiedzić go w jego siedzibie, złoży hołd lub nie, ugnie się lub ucieknie — lecz spotkanie twarzą w twarz dwóch kratistosów musi oznaczać wojnę, starcie Form tak potężnych, że keros kruszy się i łamie: każde słowo to wyzwanie, każdy gest to przymus, sama obecność to atak. Nie mogą się spotykać. Wysyłają pośredników. Ludzi, o których obie strony wiedzą, że się nie ugną, że ich Forma jest wystarczająco silna; jeśli nie zostali złamani, to przynoszą prawdę. Nie mogą pozostawać zależni od nikogo. Nie składają hołdów. Nie osiedlają się na stałe w niczyjej aurze. Przychodzą z zewnątrz. Sami stanowią gwarancję prawdy swych słów: że są, jacy są. Nigdy nie kłamią, nie mogą skłamać. Połóż się, Izyda patrzy na nas.

Ten zapach, ten zapach, co to były za perfumy, narcyz, aszucha, ful — aegipski jaśmin? Lewą ręką rozpinała jego kirouffę, prawą zsunęła mu kaptur z głowy. Naciskała na Hieronima coraz większym ciężarem, musiał się podeprzeć lub opaść na poduszki. Gdy ściągnie z niego kirouffę — co ze sztyletem? Obrócił się przodem do lewej burty, pozorując zaplątanie w powłóczystej szacie, to dało mu te dwie sekundy na odszarpnięcie rzemieni i wrzucenie pochwy z bronią do swojej łodzi, potem od razu wyciągnął się na wznak pod namiotem, zagarniając ze sobą Szulimę. Łodzie zakołysały się. Wsunęła mu do ust dwa palce, po czym zessała z nich ślinę. — Poddaję się — szepnęła, otwierając jego kirouffę. W kontraście z czarną tkaniną jego ciało było prawie białe; jej ciało, opalone, gładkie, pod rękoma biegłych teknitesów somy oczyszczone z jakichkolwiek skaz, zmarszczek, zwierzęcego zarostu, zdawało się dwakroć bardziej żywe, nieporównanie bardziej zdrowe, silne, przepełnione gorącą energią, vis vitae. Przesunęła paznokciami w dół jego brzucha, ścisnęła na powitanie rosnący członek, przesunęła paznokciami po wnętrzu uda. Objął ją, przycisnął, ciało do ciała, miękkie piersi na twardym torsie, oddech w oddech. Spoglądała mu prosto w oczy, spojrzenie miała jasne, radosne, spokojne. Siedem, osiem, dziewięć; nie ma, nie ma w niej śladu Czarnoksiężnika. — Ale ja nie walczę — odszepnął — wyrzuciłem już broń. — Otworzyła uda, poczuł na skórze ciepłą wilgoć. — Wszyscy walczymy, w każdej minucie życia. — Przechyliwszy głowę, wodziła palcem po zmarszczkach jego twarzy. Nie mógł się nie uśmiechnąć, morfa jej beztroski rozluźniała mu mięśnie i prostowała myśli. Kim więc właściwie była ta kobieta?

Zawinął na dłoni jej włosy, spięte nad karkiem; zacisnąwszy pięść, szarpnął, odchylając jej głowę. Jęknęła.

— A więc walczymy — syknął. — Magdalena Leese, bibliotekarka vodenburskiej akademei. Twoja Zueia wyrzuciła ją z „Al-Hawidży”; w anthosie podobnego aresa przeciąłbym likot nawet najbardziej tępym nożem. A ona otworzyła tam Formę zniszczenia tak mocną, że do dzisiaj nie zeszła mi krew spod paznokcia, a widzisz tę bliznę na czole?

— Polecę ci dobrego teknitesa somy.

Szarpnął silniej. Nie broniła się.

— Leese rozpoznała w jednej ze swoich książek ten twój księżycowy rytuał — mówił. — A może sama należała do sekty?

— Pech, szansa jak jeden do miliarda.

— Nie uczyli cię? „Nie istnieje szczęście i pech, są tylko słabsze i silniejsze morfy”.

Szulima nadal się uśmiechała.

— Moja była silniejsza — rzekła.

— Czy tak właśnie myślisz o mnie? Że twoja morfa jest silniejsza? Więc zrobię, co tylko zechcesz? Tak? Powiedz! Na co ci jestem potrzebny? Po co mnie ciągniesz na tę dżurdżę?

— Przyjechałeś tu i nie wiesz dlaczego? To chyba odpowiada na wszelkie pytania o siłę.

Poczuła, jak więdnie jego erekcja. Zmarszczyła brwi. Puścił jej włosy, zamknął oczy.

Ujęła jego głowę w ciepłe dłonie, pocałowała go w czoło, w powieki, w usta. Rozchylił wargi. Ugryzła go w język.

— Przyjechałeś tu, ponieważ cię poprosiłam. Pożądasz mnie, ponieważ chciałam, byś mnie pożądał. Na co mi jesteś potrzebny? Ty — na nic. Ja potrzebuję Hieronima Berbeleka. Zaprowadzisz mnie do niego. Chcę człowieka, który potrafi splunąć w twarz Czarnoksiężnikowi.

Перейти на страницу:

Похожие книги