Tym niemniej trafiali się pośród tej masy finansowych naganiaczy ludzie z pomysłami wartymi uwagi. Natknąwszy się na interes obiecujący zyski, trzeba było przejąć go bezwzględnie i samodzielnie poprowadzić. Tak oto pan Berbelek zakupił dla NIB na przykład eksperymentalny warsztat jubilerski (próbujący sztuki szlifowania kamieni szlachetnych w ostre krawędzie i równe płaszczyzny), cygańską hutę rubii, wytapiającą w wielkich ilościach transmutowany metal rubinu, oraz fakturę alkimicznych trucizn, które miały ponoć znacznie podnieść urodzaj w kolejnych wylewach Nilu. Tego popołudnia był umówiony na spotkanie między innymi z wynalazcą pyromatonu, pozwalającego uzyskiwać w piecach hutniczych temperatury dotąd nieosiągalne, co powinno wreszcie umożliwić puryfikację Materii do czystego ge, samożywiołu Ziemi. Jeśli potwierdziłyby się teorie sofistesów, otworzyłoby to drogę dla masowej produkcji materiałów samożywiołowych: nieskończonych, niezrywalnych nici, stali cieńszej od jedwabiu, twardszej od diamentu, miękkiego marmuru o tysiącletniej pamięci formy — i to bez udziału żadnego teknitesa czy choćby demiurgosa. Pan Berbelek nawet wierzył w szczerość wynalazcy. Jak jednak z góry poznać, które hipotezy aristotelesowców okażą się słuszne, a które nie?
Złapał się na tym, że opowiada obszernie o owych dylematach synowi, gdy stali w cieniu pod zadaszeniem strzelnicy warsztatu demiurgosa Jana Ormasa i czekali na niewolników z następną parą keraunetów.
— Mhm, gdyby to była prawda, można by sporządzać też lekkie zbroje na tyle wytrzymałe, by powstrzymały kulę — rzekł Abel, ważąc w rękach przepięknie rzeźbiony i malowany keraunet o trzypusowej lufie. — Niech się schowa Horror ze swoim hydorowym grafitem!
— Zauważ, że z samożywiołowej, prawdziwie purynicznej stali można by także robić lżejsze, a znacznie potężniejsze keraunety. A tylko pomyśl o pyresiderach! — Pan Berbelek uniósł keraunet do oka i wystrzelił szybko, zanim ciężar broni uniemożliwił mu celowanie. Grzmot przeszył uszy, kolba w kształcie pyska behemota kopnęła go w bark z siłą godną tego morfezoona. Strzelnica wyposażona była w podpórki pod lufy o regulowanej wysokości, ale nie tak przecież będą strzelać na dżurdży — trzeba dobierać broń stosownie do warunków. Opuszczając behemotowy keraunet, Hieronim stęknął głośno. Ormasowy niewolnik zabrał ciężki oręż.
— Jutro przyprowadzę Aliteę, musi sobie znaleźć coś na swoje siły — rzekł Abel.
Pan Berbelek skrzywił się mimo woli.
— Co? — żachnął się Abel. — Myślisz, że sobie nie poradzi?
— Czy ona kiedykolwiek trzymała w ręku keraunet?
— Nie. Podobnie jak i ja. Nauczę ją. To proste.
— Najchętniej w ogóle zostawiłbym ją w Alexandrii.
— Chyba żartujesz. Esthle Amitace jedzie — jak chcesz zatrzymać Aliteę?
— Esthle Amitace. No tak.
— Dlaczego akurat Alitea miałaby nie dać sobie rady? Bo jest najmłodsza? Ta siostrzenica Weroniuszów nie jest wiele starsza; a zabierają ją, prawda?
— A niech się Weroniuszami skorpiony karmią, co mnie oni obchodzą. Martwię się o Aliteę. Co innego salony Alexandrii, co innego dzicz kakomorficznej Afryki. Powiedzmy, że raz wpadnie w panikę w złym momencie… Co, trzymać ją w obozie przez cały czas?
— Wiesz, czasami trzeba podjąć ryzyko, żeby Forma mogła się określić, zdecydować w tę czy tę stronę.
— Ohoho, pan Latek przeczytał książkę!
Abel uśmiechnął się szeroko, białe zęby błysnęły w cieniu.
— Ty się o Aliteę nie martw, jeszcze się okaże, że faktycznie zostaje w Alexandrii, a wtedy będziesz żałował, że nie jedzie z nami.
— Zaraz, zaraz, o czym ty… Ten ares Monszebe, tak?
— E, co ja tam wiem. Pytaj się lepiej swojej Szulimy. — Na jaja Dzeusa, bo jak tu nagle zostanę dziadkiem… — No nie, czarne ziółka to ona pija co księżyc.
— Ja w ogóle nie chcę tego słuchać!
Abel zaśmiał się, podrzucił do oka keraunet; ścisnął spust. Zagrzmiało. Chyba nawet trafił w tarczę.
Cóż ja się zrobiłem taki strachliwy? — warczał w duchu na siebie, idąc przez ogród pałacowy pogrążony w ciepłej, wilgotnej ciemności. Minął go młody gampart, zielone ślepia w ułamku sekundy przewierciły duszę na wylot. Pan Berbelek sprawdził sztylet w lewym rękawie.
Ale to oczywiście był Aneis Panatakis — w swej własnej, niepowtarzalnej osobie.
— Ukłony, ukłony, ukłony, tysiąc błogosławieństw dla esthlosa Berbeleka, o wybaczenie błagam, że o takiej porze i w takich okolicznościach, doprawdy, płonę ze wstydu, lecz bogowie by mnie pokarali, gdybym nie spróbował cię odwieść od tego, esthlos, boję się o twoje życie, nie możesz teraz zginąć, serce by mi pękło, nie możesz!
Serce, akurat, prędzej konto bankowe, pomyślał pan Berbelek.