Ktoś przemykał wskroś ciemnych alejek, cień pośród cieni, strzeliła gałąź, odfrunął ptak, zaszeleściły liście akacji — pan Berbelek przystanął, obejrzał się, cofnął i wychylił zza pnia — szczupła postać weszła na polanę srebrnego blasku, zawinąwszy spódnicę — to kobieta — uklękła, kilkoma szybkimi ruchami odgarnęła ziemię, wyjęła zza pasa długi zwój, po czym wcisnęła go w dół. Przyklepując z powrotem suchy grunt, pochylona — włosy miała długie, rozpuszczone, piersi małe — nuciła coś głosem raz silniejszym, raz słabszym, nie unosząc głowy. Pan Berbelek postąpił naprzód; dłoń odruchowo poszukała rękojeści sztyletu. Słowa były greckie, akcent twardy; również sam głos wydał mu się znajomy — w szepcie, śpiewie i krzyku rozpoznać najtrudniej.
Kobieta powtarzała recytację od nowa:
— Przyjdź do mnie, Panie, Thocie, jak zarodki wchodzą w łona kobiet; przyjdź do mnie, Panie, Thocie, który gromadzisz pożywienie bogów i ludzi; wejdź we mnie, Ibisie, Hebanie, i swoją morfą zwiąż — Dawida z Monszebów, syna Malite, jego oczy, ręce, palce, ramiona, paznokcie, włosy, głowę, stopy, biodra, żołądek, pośladki, pępek, pierś, brodawki piersiowe, szyję, usta, zęby, wargi, brodę, oczy, czoło, brwi, łopatki, barki, nerwy, kości, szpik, żołądek, członek, nogi, zdrowie, dochody, dobytek, sławę, imię, morfę zwiąż w tym pergaminie! Aby odtąd zawsze, czy je, czy pije, pracuje, walczy, rozmawia, odpoczywa, leży we śnie, za dnia i w nocy, w słońcu i w cieniu, w samotności czy pomiędzy ludźmi, aby zawsze — myślał o mnie, tęsknił za mną, pragnął mnie, nikogo innego, tylko mnie, a którakolwiek kobieta chciałaby się do niego zbliżyć, niechaj Dawid, syn Malite z Monszebów, odwróci się od niej, od jej rąk, oczu, piersi, brzucha, sromu, ust, wnętrzności, ciała i cienia, imienia i morfy, i ucieknie z każdego miejsca, każdego domu, każdego miasta, precz, precz, precz, myśląc tylko o mnie. Bowiem ty jesteś ja, ja jestem ty, twoje imię jest moim, moje imię jest twoim, twoja morfa jest moją, moja morfa jest twoją — jestem bowiem twoim zwierciadłem. Znam ciebie, Thocie, i ty mnie znasz. Ja jestem ty, ty jesteś ja. Uczyń zatem to, Panie — zaraz, zaraz, szybko, szybko, teraz, teraz!
Pan Berbelek wycofał się powoli, bacząc, by żadnym nagłym ruchem ni dźwiękiem nie zwrócić na siebie uwagi Alitei.
Ι
Dżurdża
Sadara, Assadra Al-Kubra: raj, pustynia, raj nieukończony. Na pokładzie „Powstającego”, podczas dwudniowego lotu do Am-Szasy, pan Berbelek zaczął prowadzić dziennik dżurdży. Pisał po vistulsku. W południe 10 Quintilisa, gdy świnia powietrzna zbliżała się już do wschodnich zboczy Gór Tybeckich, Hieronim zanotował:
Gauer Szebrek, który utrzymywał, iż w akademei w Kum odebrał był wykształcenie sofistesa, nie omieszkał pochwalić się swą wiedzą:
— Jeszcze przed czasami Aegiptu i faraonów tutaj istniały królestwa i wielkie miasta, teraz zapomniane, zniszczone przez piasek i wiatr. Był to raj rolników i hodowców bydła: najżyźniejsze ziemie, najlepszy klimat; pierwsze ogrody człowieka, można rzec. Ale odmieniła się forma świata i cała ta część Afryki przeobraziła się w jałową pustynię. Ludzie uciekli na wschód, ku Nilowi, i tak powstało Pierwsze Imperium. Kratista Illea poświęciła blisko trzysta lat, by odwrócić ów proces i nadać tej ziemi życiodajną morfę. Być może gdyby dano jej drugie trzysta, ujrzelibyśmy tu prawdziwy powrót Raju.
Szulima poradziła mu ironicznie:
— Wyemigruj na Księżyc, na jego morfunek miała lat ponad pięćset.
Gauer Szebrek wzruszył ramionami.
— Może i bym się zdecydował, gdyby było to możliwe. Na razie czytuję sobie do snu Elkinga.
Po południu 10 Quintilisa, a był to Dies Mercurii, pan Berbelek zaszedł do kabiny esthle Amitace, by omówić przed przybyciem do Am-Szasy sprawę wynajmu mieszańca i dzikusów; Amitace od początku twierdziła, że najlepiej pozostawić to jej, już tam ich kiedyś najmowała. Po prawdzie była przecież jedyną tu osobą z jakimkolwiek doświadczeniem z dżurdży. W rzeczywistości jednak Hieronim miał nadzieję w wymuszonej intymności ciasnej kabiny aerostatu odtworzyć Formę z nocy Izydy.