Zwierzę miało sześć pusów w kłębie, mocne, masywne nogi, szyję nieco dłuższą i bardziej wygiętą niż koń (ale sam łeb bez wątpienia koński) i długi, gęsty ogon. Krótka sierść układała się symetrycznie na bokach xewry w wielokolorowe wzory, nie białoczarne pasy, lecz jakieś motyle, skomplikowane ornamenta, żółte, brązowe, purpurowe, nawet zielone. Kaprys teknitesa, przypuszczał pan Berbelek; podobnie Abraxas Gekun, któremu przed tysiącem lat udało się nareszcie wyhodować ujeżdżalną zebrę, przyciągnął był ją bez żadnej racjonalnej przyczyny ku formie z ogniście czerwonymi ślepiami — taki po prostu był Wielki Abraxas.
— Reszta i bagaże, jeśli nie na wozach, pójdzie na wielbłądach i humijach, ale my musimy mieć wierzchowce do polowania — stwierdziła Szulima, jedną ręką poklepując xewrę po szyi, a drugą — odganiając od twarzy tłuste zarży. — Bardzo dobrze wytrzymują kakomorfię.
— Skoro tak twierdzisz, esthle — skinął esthlos Ap Rek. W odróżnieniu od Hieronima, wybrał się na targ Am-Szasy w aegipskich sandałach i teraz co chwila zatrzymywał się, by wytrzeć stopy z kolejnej kupy nawozu, w jaką wdepnął. Nadal jednak zachowywał stoicki spokój, jak na starego dworzanina przystało.
Gdy Zueia płaciła, a Szulima dogadywała z siwym Negrem ostatnie warunki, pan Berbelek rozglądał się po zatłoczonym targowisku za Aliteą i Klaudią, które oddaliły się już chwilę wcześniej w towarzystwie dwóch Weroniuszowych doulosów. Zajdar, Zenon i Abel oraz Tobiasz Liwiusz w ogóle nie zabrali się z resztą myśliwych na targ, wybierając śniadanie u posła rzymskiego, jak się okazało, starego przyjaciela Liwiuszy. Weroniuszowie udali się na zwiedzanie ruin Labiryntu Illei, a Gauer Szebrek zniknął z hospicjum jeszcze przed świtem.
Kiedy po drugiej stronie zagrody z xewrami, za stanowiskiem handlarza niewolnikami, wybuchło głośne zamieszanie, pan Berbelek od razu pomyślał o Alitei — i była to myśl słuszna. Pobiegł przez tłum, rozpychając się i tłukąc ludzi po nogach i plecach trzcinową ryktą, dodatkowo zdenerwowany w ogarniającej tłum morfie podniecenia.
Zastał Aliteę i Klaudię całe i zdrowe, dyskutujące podniesionymi głosami z negrowym rymarzem o plemiennym morfunku rozciągającym mu uszy i wargi do monstrualnych rozmiarów; nie wysławiał się przez to bynajmniej w sposób łatwiejszy do zrozumienia. On mówił w jakimś miejscowym dialekcie, dziewczęta po grecku, gapie pokrzykiwali w pahlavi i tuzinie innych dialektów, a biedny Papugiec próbował to wszystko przetłumaczyć. Każdy oczywiście pomagał wyartykułować swoje racje, wymachując energicznie rękoma.
Pan Berbelek uderzył trzykrotnie ryktą o jedno z wyłożonych na kobiercu siodeł, trlaskkk, trlaskkk, trlaskkkk!
— Cisza!
Negrowie oczywiście nie zrozumieli słowa, niemniej natychmiast zamilkli.
Pan Berbelek zatoczył ryktą w powietrzu szeroki półokrąg. Gapie odsunęli się dwa kroki do tyłu. Odwrócił się do nich plecami.
— O co chodzi? — spytał Aliteę.
Spoglądała wystraszona. Dopiero po chwili zorientował się, że trzyma ryktę wpółuniesioną, jak do kolejnego uderzenia. Opuścił rękę.
— O co chodzi? — powtórzył.
— Ktoś chciał nas okraść — odpowiedziała szybko Klaudia.
— Kto?
— Uciekł. Niewolnicy pobiegli za nim.
— Mam nadzieję, że przynajmniej zostawili pieniądze.
Alitea pokazała sakwę. To słudzy i doulosi zawsze płacą, aristokracja nie brudzi sobie rąk mamoną. Zwyczaj przydatny także w podobnych sytuacjach: jeśli kogoś zbójca ma poturbować, niech turbuje niewolnych.
— Zo-zobaczyłem esthle Latek — wtrącił się Papugiec, gnąc się w ukłonie przed Hieronimem — i przyszedłem za-zapytać, gdzie znajdę esthle Amitaace. Esthle Latek po-po-po-prosiła mnie, bym tłumaczył w targach. I za-zauważyłem tego mężczyznę, stał tam za wowozem i obserwował nas. Wska-za-załem go kupcowi, by potwierdził, czczy to jego cz-człowiek. Aale tamten wtedy naciągnął ka-kaptur i odszedł. Krzyknąłem „złodziej!” i on zaczął biec. Nieniewolnicy pobiegli za nim.
Papugiec był tym półdzikim tłumaczem Szulimy. Jąkał się tylko, mówiąc w językach cywilizowanych; druga, dzika połowa jego morfy była mocniejsza.
— Jeśli zrozumiał, co krzyczysz, to nic dziwnego, że uciekł — mruknął pan Berbelek. — A co mówi on? — wskazał rymarza. — Może to rzeczywiście był jego człowiek?
— Mó-ówi, że nie.
— Jasne, teraz nie przyzna się, choćby to był jego syn. — Pan Berbelek obrócił się do dziewcząt. — Co wy tu właściwie chciałyście kupić? Bierzcie szybko, dostaniecie za pół ceny. Siodła już mamy.
— Te bicze — wskazała Alitea.
— Rukaty — poprawiła ją Klaudia.
— Te rukaty.
— Przecież to dla poganiaczy bydła, na nic się nie przydadzą na dżurdży.
— Co, nie wolno mi sobie kupić? — żachnęła się Alitea. — Widziałam, jak z nich strzelają, głośniej od keraunetu. Nauczę się.
Pan Berbelek machnął ręką.
— Esthle! Eeesthle! — Papugiec przypadł do Szulimy, która właśnie pojawiła się wraz z Zueią. — U-umówiłem ich, już czekają! Przy wo-wo-wodopojach. Chodźmy! Eesthle!