Szulima pozbawiła go wszelkich złudzeń: ignorowała aluzje, nie oddawała uśmiechu, nie pozwalała na najmniejsze rozluźnienie morfy; na dodatek w połowie rozmowy wezwała Zueię i już jej nie odesłała. Pan Berbelek powinien był czuć gniew odrzucenia (gniew byłby mile widziany), lecz wyszedł od Amitace w nastroju ledwie melancholijnym. Należało się tego spodziewać, rzekł sobie; bogini daje, bogini odbiera. W końcu wszak poleciałem na tę dżurdżę — nie ma już potrzeby mnie kusić i przekupywać.
Na balkonie świni zastał Aliteę i esthle Klaudię Weroniusz, córkę esthlosa Marka i esthle Justyny Weroniuszów, którzy jako pierwsi zgłosili się do Ihmeta Zajdara; zabrał się z nimi także przyrodni brat esthle Justyny, młody esthlos Tobiasz Liwiusz. Weroniusze mieszkali w Alexandrii zaledwie pół roku, przeprowadziwszy się z Rzymu, i jeszcze wyraźnie była w nich widoczna morfa kratistosa Sykstusaa Liwiusz, jedynie odwiedzający Alexandrię, pozostał Rzymianinem do szpiku kości.
Alitea i Klaudia siedziały na krawędzi pokładu, nogi wysunąwszy poza nią przez oka sieci bezpieczeństwa. Pochylone w przód, prawie wiszące na siatce, spoglądały w dół między bosymi stopami, którymi nieprzerwanie wymachiwały w przód i w tył, w idealnie zgranym rytmie. Obie były nadto w podobnych luźnych szalwarach, z białymi kapeluszami zsuniętymi na tył głowy, i pan Berbelek tym wyraźniej ujrzał dzielącą je różnicę formy. Alitea to już na wpół Aegipcjanka, o skórze barwy ciemnego miodu, z długimi, czarnymi włosami, szczupłymi biodrami i wysokimi piersiami, wąskim nosem. Klaudia Weroniusz mocniej trzyma się ojczystej morfy: jasna skóra, pełniejsza figura, szersze ramiona, twarz bardziej okrągła. No ale Klaudia zapewne nie chadzała co drugi dzień do najdroższego teknitesa somy, by poddać się morfunkowi wzmacniającemu anthos Nabuchodonozora, jak czyniła to Alitea, bez wątpienia za namową Szulimy. W oczach Hieronima wszystko to był zresztą element przebiegłego planu Szulimy, mającego na celu związanie Alitei z aresem Monszebe. Nie potrafił znaleźć tu motywu, lecz w owej chwili był w stanie wmówić sobie największą nawet perfidię esthle Amitace. Z Marią też to się tak zaczęło…
Usiadł obok Alitei, po lewej, wyciągając nogi między splotami siatki. Natychmiast poczuł, jak buty zsuwają mu się ze stóp. Wrażenie było absurdalne, buty — dobrze dopasowane vodenburskie jugry z wysokimi cholewami — nie miały prawa się zsunąć; niemniej aż się pochylił na likocie, dopiero oczom dał wiarę.
Afryka przemykała pod nimi z wielką prędkością, wiatr mierzwił włosy, podrywał kapelusze dziewcząt, świszczał w olinowaniu „Powstającego”, furkotały nogawki szalwarów i poły kirouffy Hieronima. Lecieli wyłącznie dzięki pneumatonowi i wielkim wiatrakom aerostatu, wbrew stawiającym opór, nieruchomym masom gorącego powietrza, nie ciągnął ich ze sobą żaden wicher. Ziemia znajdowała się zaledwie sto pusów pod masztami towarowymi „Powstającego”. Gdyby na ich trasie pojawiło się jakieś wzgórze albo wyjątkowo wysokie drzewo, mogli liczyć tylko na refleks kapitana świni. Wyżyna wszakże była płaska jak stół: ten sam morfunek Illei Okrutnej, który ożywił i eksplodował tybeckie wulkany, zniwelował grunt dookoła gór na przestrzeni tysięcy stadionów. Nawet w częstotliwości pojawiania się akacjowych, kaoblowych i palmowych zagajników oraz w rozkładzie strumyków i rzeczek objawiała się jakaś nienaturalna regularność, wytrawione w kerosie dążenie do porządku — kratista Illea musi być zaiste osobą metodyczną, niezwykle dobrze zorganizowaną.
Mignęło pod świnią także kilka wiosek: skupiska okrągłych chat, zazwyczaj ukryte między drzewami, z kilkoma wątłymi smużkami dymu wznoszącymi się prosto w oślepiająco błękitne niebo. Dzikusi unosili czarne twarze, odprowadzali wzrokiem pędzący aerostat. Alitea i Klaudia machały do nich, lecz tamci najpewniej w ogóle tego nie widzieli, oślepieni przez Słońce.
„Powstający” spłoszył kilka stad dzikich zwierząt: antylop, gazel, nawet małe stado elefantów i zdziczałych oglaków. Częściej napotykali stada wypasane przez negrowych pasterzy, wielkie gromady oswojonego bydła, setki, tysiące sztuk. Chowoły, tapalopy, mamule, akapasi, humije, tryle — wszystko morfa Illei i jej teknitesów. One z kolei prawie w ogóle nie reagowały na przelot aerostatu.