Rzeczywiście, nazajutrz przeczesujący ruiny Marabratty Ihmet Zajdar ustrzelił dwugłowego geparda. Kakomorf umykał wyjątkowo ociężale. Była to samica; po rozcięciu brzucha wypadły płody gepardów trzygłowych. N’Zui zinterpretowali to jako szczęśliwy omen. Rozstawiając obóz, umieścili dokoła niego nabite na paliki truchła nieurodzonych kakomorfów, na wschodzie, południu, zachodzie i północy; jedno zjedli. Mbula ostrzegał ich przed trucizną Skrzywienia; niepotrzebnie, nie pochorował się nikt.
Marabratta — tak się ponoć zwało to starożytne królestwo, istniejące tu jeszcze tysiące lat po spustynnieniu Sadary i wielkiej migracji na wschód, nad Nil i do Babilonu. Wszystko, co po królestwie pozostało, to kilka legend opartych na jeszcze starszych legendach oraz ruiny.
Dżurdża dotarła do nich 11 Sextilisa. Tu kończyła się też łatwiejsza część podróży. Ciągnięte przez chowoły wozy pojadą jeszcze kilkadziesiąt stadionów korytem Suchej Rzeki, ale potem przyjdzie skręcić na południe, wejść w dżunglę, gdzie w najlepszym razie da się odnaleźć ścieżki szerokie na pojedynczego humija. Pan Berbelek musiał podjąć decyzję, czy pozostawić wozy i część sprzętu z kilkunastoma ludźmi tutaj, w ruinach Marabratty, czy dopiero w Suchej. Wybrał ruiny — one przynajmniej dawały jaką taka osłonę, z niektórych budynków zachowała się więcej niż jedna ściana.
Rozłożyli się obozem między dwoma wielkimi, obalonymi posągami ludzikotów. Rzeźby miały w swych proporcjach coś dziwnie irytującego — Hieronim nie potrafił zdecydować, czy są to symbole zapomnianej religii, czy może realistyczne obrazy jakiejś pierwotnej, przedludzkiej Formy. Przypomniały mu się słowa aIexandryjskiego taxodermisty, szaleństwo Empedoklesa.
Nie sposób było powiedzieć, gdzie konkretnie ruiny się kończą, pochłonęła je ziemia, pokryła trawa, zarósł rzadki las. Po rozstawieniu obozu pan Berbelek wybrał się na przechadzkę. Ryktą rozgarniał wysokie źdźbła, dzikie kwiaty i kolczaste chwasty. Z zieleni wyłaniały się pogruchotane kamienne bloki wielkości elefanta. Sądząc po fundamentach, tu zwaliła się wieża o trójkątnej podstawie; tamten trójkąt wkopany w ziemię to pozostałość ocembrowania studni. Forma Marabratty opierała się najwyraźniej na liczbie trzy. Pan Berbelek zmierzył ryktą długość i szerokość kamiennych bloków — proporcja jeden do trzech.
Szelest traw. Obejrzał się.
Gauer Szebrek, w przekrzywionym kapeluszu i ze szkicownikiem pod pachą, wskoczył na zachwaszczone gruzowisko. Ukłoniwszy się w milczeniu Hieronimowi, przysiadł na szczycie, otworzył książkę, zaczął rysować. Pan Berbelek podążył za jego wzrokiem. Babilończyk najwyraźniej rysował te dwa wielkie, symetryczne filary bramy prowadzącej do jakiegoś równie monumentalnego budynku, po którym wszakże nie pozostał ślad, tam już rosły rozłożyste akacje, poczerniałe ze starości, potężne baobaby i hiewoje — brama stanowiła wejście do pogrążającego się w tłustych cieniach lasu. W Afryce wieczór i świt trwają bardzo krótko. Zaraz wszystko obróci się przeciwko światłu i brama zatrzaśnie się. Słońce już wtapiało się w horyzont za gruzami.
Pan Berbelek wspiął się na kamienie, przysiadł obok sofistesa, zajrzał mu przez ramię. Szebrek nie rysował ruin, rysował pogrążony w dżungli pałac-fortecę, wrota były zawarte, ich filary pokrywały złocone płaskorzeźby przedstawiające fantastyczne stworzenia, nad wrotami płonął wysoki ogień. Pan Berbelek wytężył wzrok. Rzeczywiście, cienie na powierzchni kolumn układały się w podejrzanie regularne wzory.
— Byłeś tu już kiedyś?
Szebrek pokręcił głową.
— Czytałeś coś o Marabratcie? — dopytywał się Hieronim. — Z jakiego języka pochodzi w ogóle ta nazwa: „Marabratta”?
— Nie ma czego czytać — odparł Babilończyk, nie przestając rysować. — Nic nie napisano. Może ja napiszę. Jeszcze nie zdecydowałem, w którą legendę uwierzyć. Kto tu mieszkał? Kto rządził tym królestwem? Co to byli za ludzie?
— A może jeszcze nie ludzie, może coś wcześniejszego — mruknął pan Berbelek. — Czy mieli swojego kratistosa, czy miasto to powstało właśnie w trypletowym anthosie ich władcy? — Wskazał ryktą trójkątną studnię, trójskrzyżowanie brukowanych ulic. — Kto wie, czy na tysiące lat przed Aristotelesem jakiś mędrzec przedaegipski nie domyślił się prawdy o naturze rzeczywistości i nie nauczył swego ludu metod manipulowania własną i cudzą Formą, rzeźbienia kerosu — a potem to wszystko zostało zapomniane, wiedza zginęła wraz ze starożytną cywilizacją…
Szebrek zerknął na pana Berbeleka, wydął policzek.
— Być może jednak przetrwały jej twory, być może to, co bierzemy za naturalny porządek rzeczy i kosmiczną teleologię życia, być może to już są dzieła takich marabrattackich teknitesów flory i fauny…? Rośliny, zwierzęta. My.