Pan Berbelek wyznaczył dla wyprawy sztywne ramy czasowe: jeśli nie dotrą do celu w ciągu trzech dni, zawrócą bez względu na okoliczności. Osiemdziesiąt stadionów przez dżunglę to jest wyzwanie nawet przy płaskim kerosie. Chęć wejścia w kraj tajemniczej morfy wyrazili prawie wszyscy uczestnicy dżurdży — jedynie Weroniusze i Ap Rek nie okazali się aż tak bardzo ciekawi — ponieważ wszakże N’Te stanowczo odmówił posłania swych wojowników za rzekę, wyprawę trzeba było ograniczyć do kilkuosobowego rekonesansu. Dopiero gdy znajdą pewną i bezpieczną drogę, pomyślą o masowym przejściu. Pan Berbelek mógłby wprawdzie bezpośrednio nacisnąć na N’Zui, lecz wolał nie próbować; jakikolwiek sukces by tu odniósł, prędzej czy później zapłaciłby zań utratą części oddziału. Gra nie była warta świeczki, Negrowie już zaczęli się wytrącać, tak jak przewidziała była esthle Amitace. Jeszcze w Marabratcie kakomorfia dotknęła chowoły i humije, nie chciały jeść, ich kopyta zapuszczały korzenie w wilgotnej glebie, trzeba było wpędzać je na noc na kamienie. Rogi chowołów przez noc wygięły się w przedziwne rzeźby, Papugiec opowiadał, jak to N’Zui usiłują odczytać z ich konfiguracji przesłanie od bogów; wszak sami Negrowie zwykli morfować rogi swego bydła, ich kształt opowiadał Formę plemienia, rodu. Natomiast długa sierść humijów poczęła wypuszczać purpurowe pąki. W czasie podróży przez dżunglę ku Żółwiej rozwinęły się one w asymetryczne kwiaty. W nocy zlatywały się do nich świecące owady wydychane przez chrapiących Negrów. Jeden zakrztusił się i zmarł we śnie; Mbula Szpon rozpruł go potem, wyjął płuca — świeciły oślepiającym blaskiem, aż musieli odwracać oczy. Gauer Szebrek kupił płuca zmarłego od Tego, Który Odgryza za dwie drachmy. Białych kakomorfia na razie tak nie doświadczała, ich Forma była silniejsza — ale też większość z nich była aristokratami. Pan Berbelek bał się o Porte i Antona, i o młodych: Aliteę, Klaudię, Abla. To głównie z ich powodu kazał cofnąć obóz dżurdży znad brzegu Żółwiej. Niech sobie tymczasem zapolują w północnej dżungli, tam też obfitość wielka najrozmaitszych kakomorfów — dopiero co Liwiusz usiekł drewnianą małpę o wężowych łapach — chociaż istotnie keraunet w tym gąszczu nie na wiele się zdaje. Zajdar rozdawał chętnym myśliwym włócznie, miecze, noże. Oto jest dżurdża: twarzą w twarz z bestią, w drżeniu mięśni, z krwią na ostrzu, jej lub twoją. O ile oczywiście bestia krwawi; z małpy tylko drzazgi leciały. W plecach miała dziuplę, w tej dziupli niosła mały obsydianowy posążek, kolczaste jajo. Tobiasz schował je w swoich jukach. W nocy zniknęło, ktoś musiał ukraść.
Pan Berbelek szedł przez Skrzywioną dżunglę równym, spokojnym krokiem, patrząc pod nogi, omijając korzenie drzew i węzły lian, starając się stąpać po nagiej ziemi i kamieniach — co wszakże w dżungli jest prawie niemożliwością. Zaraz wyprzedził go nimrod: on będzie prowadził, jedyny, który nigdy nie straci orientacji. Szebrek, co prawda, zabrał ze sobą kompas. Już wkrótce bowiem niebo zostało całkowicie przesłonięte przez szczelny dach dżungli: splątane, zbite, zrośnięte korony drzew i tego, co zajęło tu miejsce drzew. Storturowany keros wykręcał wszelkie formy. Nie było już ani rośliny, ani zwierzęcia, które Hieronim mógłby wskazać i rzec z przekonaniem, że należy do takiego a takiego gatunku, że takie jest jego imię. Wraz z przekroczeniem Żółwiej Rzeki przekroczyli granice języka. Trzeba szukać przybliżeń w złożeniach, odwróceniach i kaleczeniu znanego. Na przykład: nie drzewo, lecz zdrewniały mięsień wybity spod ziemi na sześćdziesiąt pusów, wyciągnięta ku niebu kończyna pogrzebanego pod dżunglą olbrzyma. Albo: nie liana, lecz kręty płomień (a dotknięta parzy). I inna liana — napięta żyła, w której pulsuje ciemna maź. I jeszcze inna liana — warkocz ludzkich włosów, długi na stadion. Albo: ptak o sześciu skrzydłach. (Zajdar go ustrzelił. Ptak spadł; zaraz zmartwychwstał i wkopał się pod pień krokodylowego drzewa). Albo: ukorzenione głazy składające jaja. Szebrek już ani na chwilę nie zamykał swego szkicownika.
Na razie jakoś omijali ich kakomorficzni drapieżcy. Zajdar szedł na przedzie, Zueia na końcu. Byle tylko nic nie wypadło wprost z dżungli, nie skoczyło z boku, nie chwyciło za nogę, nie sięgnęło spod ziemi… No, nie myśleć o tym! Ofiarę można poznać tak samo jak niewolnika — niby niczym się nie wyróżnia, ale wystarczy spojrzeć i już wiesz: ten przegra, a ten się podda.
Szulima szła tuż za Hieronimem, zrównując się z nim, gdy dżungla na to pozwalała.
— A więc jak chciałaś: razem w głąb Skoliodoi. Uśmiechnęła się lekko.
— A ty nie?
— Chciałaś, żebym chciał.
— Biednyś. Co ja z tobą zrobiłam. A tyle atrakcji czekało na ciebie w Vodenburgu i Val du Ploi.