Światło uciekało spomiędzy ruin niczym morze podczas gwałtownego odpływu. Pan Berbelek prawie słyszał szum wlewających się na to miejsce czarnych fal nocy. Drzewa, krzewy, trawa, kamienie, złota sawanna na północy, las na południu, wszystko tonie. Zmienia się także barwa dźwięków, inna jest bowiem muzyka dnia, inna jest muzyka ciemności. Na gruzowisko sfrunął kolorowy ptak, rozdziawił dziób, skrzekliwy gulgot przeszył półmrok. Poza tym cisza; obóz jest zbyt daleko, nie dochodzi echo wieczornej krzątaniny, nie dochodzą śpiewy N’Zui, parsknięcia i porykiwania zwierząt. Nie ma wiatru, milczą więc również rośliny. Cisza stanowi formę wszelkich ruin, to też jest rodzaj bezruchu. Coraz ciemniej, Babilończyk przestał rysować. Zdjął kapelusz. Na niebie nad starożytnym miastem pokazały się gwiazdy i krzywa szabla Księżyca. Pan Berbelek przyjrzał się w ich blasku temu ptakowi, który zdzierał gardło trzy głazy dalej. Zamiast pazurów ptak miał małpie paluchy, z ogona wyrastał mu chwost złotej trawy, kameleonowe oczy obracały mu się na wszystkie strony, jedno niezależnie od drugiego. W pewnej chwili spojrzał na pana Berbeleka, ślepia znieruchomiały. Hieronim machnął ryktą. Gulgocząc, kakomorf wzleciał ponad ruiny.

— Dotarliśmy do granicy.

— Zacznij lepiej zapisywać swoje sny, esthlos.

* * *

Sextilis. Stanęliśmy nad Żółwia. Na południowym brzegu otwiera się królestwo Krzywej Formy. Nurt jest rwący, rzeka głęboka. Budujemy tratwy. Kakomorfia zaczyna dotykać ludzi, w nocy dwóch wojowników N’Zui zrosło się plecami, kręgosłupy jak spirale. N’Te odprawia plemienne rytuały. Postanawiam wycofać główny obóz kilkadziesiąt stadionów na północ, z powrotem w głąb dżungli, N’Zui wyrąbią ścieżkę, tu postawimy tylko posterunek przy promie. Zajdar wspiął się przed świtem na wierzchołek zdeformowanego balsamowca; mówi, że widział światła, tam w głębi Skoliodoi, Może istotnie miasto. Szulima chce pójść, zobaczyć na własne oczy. Więc oczywiście ja także; jakże mógłbym odmówić? Budujemy tratwy.

Pan Berbelek pierwszy postawił nogę na ziemi Krzywych Krain. Nie obejrzał się na tratwę, wioślarzy N’Zui, zbełtaną powierzchnię Żółwiej Rzeki, na Szulimę, Zueię, Zajdara i Szebreka przeskakujących za nim na stromy brzeg; poprawił plecak, bukłak oraz zarzucony na ramię keraunet i rozchyliwszy ryktą zarośla, wszedł w skoliotyczną dżunglę. Na podstawie nocnych obserwacji nimroda obliczono kierunek i odległość: rzekome miasto kakomorfów powinno znajdować się około osiemdziesięciu stadionów na południe od Żółwiej.

Rzeka zwała się tak, bo kiedyś istotnie roiło się w niej od żółwi błotnych; obecnie to, co wypełzało z niej na ląd, to były asymetryczne zlepy szlamu, otoczaków i zielonych mięśni skręconych z podgniłych wodorostów. Niektóre posiadały nawet skorupy — z czarnego lodu, roztapiającego się w promieniach słonecznych — oraz po kilka łap. W kanciastych łepkach obracały się żwirowe móżdżki.

Перейти на страницу:

Похожие книги