Pan Berbelek uniósł rękę. Zbójcy jedli, śmiejąc się i rozmawiając, jeden odszedł wypróżnić się. Strzelcy czekali w szeregu; N’Zui — przykucnięci w trawie, niczym skamieniali. Cisza nad sawanną. Piętnaście, szesnaście, siedemnaście, osiemnaście; dobrze. Podrzucił keraunet do oka, ścisnął język spustu. Grzmot — i zaraz cztery kolejne. Podniósł od razu drugi keraunet, nie patrząc nawet, czy jego cel padł. Okrzyk wojenny N’Zui — przeciągły, zwierzęcy ryk, którego nie jest w stanie wydać człowiek cywilizowanej morfy — rozdzierał noc. Deszcz kurroi spadł na bandytów z obu stron, zza północnego i południowego załomu skały. Nikt się nie podniósł, nikt nie uciekał. Negrowie wyrośli dokoła ogniska jak spod ziemi — wzniesione tarcze, ostrza kurroi nad tarczami. Pan Berbelek machnął ręką ku skale. Podniósłszy pierwszy keraunet, pobiegł za rozpędzonym oddziałem odwodowym.

Zgodnie z rozkazem, nie dobito rannych. Żyło jeszcze czterech zbójców, jeden negrowej morfy, jeden mieszaniec, dwóch Aegipcjan. N’Zui zdzierali z pokonanych wszelki dobytek, broń, odzienie, ozdoby, ze zmarłych i żyjących po równo. Pan Berbelek kazał przenieść czterech krwawiących nagusów pod skalną ścianę. Jęczeli i klęli. Negr miał kurroę wbitą w brzuch, wnętrzności wypływały mu z rany, która otwierała się coraz szerzej przy każdym oddechu.

N’Zui rozpalili ogniska, przyprowadzili zwierzęta, zaczynało się świętowanie, śpiewy, tańce i bójki o łupy. Na rozkaz Hieronima N’Te posłał w sawannę czterech wartowników.

Biali zgromadzili się pod skałą.

— Co z nimi zrobimy? — Abel obejrzał się na jęczącego Negra. — Ten nie dożyje świtu. Może gdybyśmy zabrali ze sobą Mbulę…

— Trzeba było od razu ich dobić — mruknął nimrod.

— Za niektórych z nich są wysokie nagrody — rzekł pan Berbelek. — Trupy się nie utrzymają przez parę miesięcy, ale żywych można dowieźć.

Zueia zaśmiała się chrapliwie.

— Ich poprzednie ofiary lub rodziny ofiar zapłacą nawet więcej, przynajmniej za ich wodza.

— No tak, ale jak ich teraz zidentyfikować? — westchnął Tobiasz. — Sądzisz, że się przyznają? A jak zorientują się w sytuacji, to każdy będzie twierdził, że to on jest ten, jak mu tam, Kafar.

Pan Berbelek skinął na Papugca.

— Wytłumacz mu — wskazał brodą czarnego zbójcę — że jeśli nam przedstawi swoich przyjaciół, skrócimy mu męki. Ale jeśli nas okłamie, bardzo łatwo możemy mu je przedłużyć.

Po czym okazało się, że Hodżrik Kafar istotnie żyje — to jeden z Aegipcjan, ten z przestrzelonym lewym barkiem. Poza tym była nagroda za mieszańca, Gucza Jaskółkę.

Zueia przyklękła przy Negrze, przyłożyła mu palce do szyi. Przestał jęczeć, stracił przytomność, umarł.

Okazało się także, że Hodżrik doskonale zna grekę (czego zresztą należało się spodziewać po aegipskim gwardziście). Ledwo jego wypatroszony towarzysz wyjęczał ich imiona, Hodżrik zaczął lżyć i przeklinać swe niedoszłe ofiary.

— Ty lepiej kontempluj swoje szczęście w milczeniu — poradził mu pan Berbelek. — Masz przed sobą jeszcze kilka miesięcy życia.

— Myślicie, że wam nie ucieknę? — warczał za nimi Hodżrik, obnażając krzywe zęby i szarpiąc się w więzach. — Myślicie, że nie ucieknę tym ślepym psom Hypatii? Trzy razy uciekałem, ucieknę czwarty! Wy ścierwojady, wy zarży morowe! Nie takich jak was! Gnój będziecie żreć na jedno moje słowo, gnój! Sprzedam wasze kobiety, zjem dzieci, będę was palił kończyna po kończynie! Nigdzie mi nie uciekniecie, nigdzie się nie ukryjecie! Znam wasze imiona! Berbelek! Lotte! Amitace! Weroniusz! Latek! Rek! Znam was! Nie będziecie bezpieczni! Za rok, za dwa, Hodżrik Kafar w waszych drzwiach — gnój, gnój powiadam — nie takich jak wy! Ja pamiętam! Po raz czwarty! Choćbym miał sobie rękę odgryźć!

Pan Berbelek zawrócił i poderżnął mu gardło.

— Przekonał mnie — rzekł w odpowiedzi na ich zdumione spojrzenia, wycierając ostrożnie kręte ostrze chaldajskiego sztyletu.

* * *

Do ruin Marabratty mieli jeszcze dwa tygodnie drogi, tymczasem przecież Afryka oferowała wielką obfitość naturalnej zwierzyny, łatwiej ustrzelić kudu niż jakiegoś nieprawdopodobnego kakomorfa. Trzy dni po incydencie z porywaczami Alitea upolowała swe pierwsze zwierzę, młodą tapalopę. Nie towarzyszył jej akurat ani Zajdar, ani Zueia, strzał był nieczysty, tapalopę musiał dobić swą kurrote wojownik N’Zui. (Pan Berbelek przydzielał wojowników każdemu myśliwemu oddalającemu się od karawany). W sumie bardzo to było nieestetyczne: dużo krwi, brzydka rana, tapalopa odczołgująca się konwulsyjnie gdzieś w kolczaste krzewy, jej tylna noga prawie oderwana, Negr walący hakowatą maczugą, zarzy już zlatujące się na lepkie od czerwonej posoki truchło, duszący smród.

Wieczorem zjedli tę tapalopę. Alitea nie odmówiła mięsa, nie wyglądała jednak na dumną ze swego pierwszego sukcesu łowieckiego. Pan Berbelek postanowił poprosić Ihmeta, by przez kilka kolejnych dni zabierał ze sobą Aliteę na polowania, w gorącym anthosie nimroda dziewczyna szybko wyzbędzie się awersji do krwi i nieodłącznej ohydy mordu, zapomni o właściwych ludziom cywilizowanym wyobrażeniach na temat śmierci.

Перейти на страницу:

Похожие книги