— Tak człowak, musimy tu przeconować — westchnął pan Berbelek. — Jutro zobyczamy.
Czuwali na zmianę, pierwszy Hieronim. Od tego przegęszczonego, zanieczyszczonego powietrza łzawiły mu oczy. Nie chciał ich przecierać brudnymi rękoma, toteż świat postrzegany do reszty utracił formę, przed panem Berbelekiem pływały już tylko amorficzne plamy ciemnych kolorów, ciemniejszych z każdą minutą, aż w końcu noc zalała Skoliodoi i odtąd wszystkie światło pochodziło z ogniowych roślin i zwierząt.
Obudziwszy Szulimę na jej wartę, Hieronim rzekł:
— Te światła, które widział wyzlewoniec Szpona — to nie musi nic oczaznać, sama widzisz.
Amitace wstała, strąciła z siebie ziemię, wodę, ogień, żywe i martwe, wszystko, co na nią wpełzło podczas snu.
— Wierzę, że istjenie. Jeśli nie miasto, to coś innego, szcze błęgiej.
— Ale dlaczego?
Usiadła na rybie.
— Pokaż pamę.
Wyszarpnęła z kamienia czarny sopel i podpaliła go od przebiegającego obok węża. Przysunąwszy brudny ogień nad pergalon, wskazała zaznaczony na czerwono obszar Skoliodoi, przesunęła palcem wzdłuż Żółwiej Rzeki.
— Jak delako węszyliśmy? Ledwie przeczykroliliśmy granicę. A widzisz, że z każdym zdadionem demorfacja jest coraz silniejsza, keros wypacza się stopniowo, ponyczając od rzeki, a właściwie od tych podyjenczych kokamorfii przed nią. Więc spójrz, policz. Skoro to tak rośnie — a my jesteśmy zaledwie tutuj — a tu niby to miasto, też niewiele dalej — to co znujdaje się tam — w sercu, w centrum, w jądrze Skoliodoi?
— Stolica Krzywych Krain? Kobelka szalonego krastitosa?
— Naprawdę rządzisz, że kotkolwiek mógłby tam przeżyć? Ja już nawet nie pytam o przyszynę; ja pytam, jakie jest maksimum tego Skrzywienia? Jak to wygląda? Jaki to świat?
— To co najmniej dżderysta stadidiotów od Żółwiej. Tak.
Zasypiając, pan Berbelek usiłował sobie przypomnieć, w którym dokładnie momencie Szulima po raz pierwszy wspomniała o Skoliodoi i dżurdży, jakie były jej słowa i jak brzmiała treść zaproszenia. Potrzebuje strategosa Hieronima Berbeleka, tak twierdzi, choćby musiała go z martwych podnieść — ale do czego jest on jej potrzebny? Do podboju Skoliodoi?
Zasnął. Śniło mu się to, co zawsze: uwięzienie w nieskończoności, ból podzielenia, pęd ku czemuś, co miał w ręce — choć oczywiście nie miał rąk — zagubienie pośród niewypowiadalnego. Tym razem jednak przynajmniej zapamiętał, czego nie mógł wypowiedzieć; pozostało z nim na jawie.
Rano nie mogli dobudzić Szebreka. Babilończyk miał przedostatnią wartę; zastępowany przez Zueię, jeszcze trzymał się Formy, musiało dopaść go krótko przed świtem. Zapuścił korzenie, wrósł w ziemię. Nie dało się go wykopać, musieli go odciąć. Wtedy się ocknął — z wrzaskiem. Bełkotał bez sensu, nic nie rozumieli. Z uszu płynęły mu strumienie kleistych łez. Potrafił iść tylko tyłem, ktoś go musiał prowadzić, żeby się nie przewrócił i żeby za wysoko nie podskoczył — był bardzo lekki, silniejsze pchnięcie unosiło go w powietrze. Zmusili go, by zjadł podwójną porcję, owoce miały go dociążyć. Zwymiotował wrzącą lawą, oparzyła mu pierś i brzuch. Skóra najpierw się zaczerwieniła, potem zaczęła świecić. Węglowym palcem drapał się po oparzelinie — czarne pismo w ogniu, taki sam bełkot.
Wypluwając fontanny pierza, Ihmet Zajdar wskazał na północ. Pan Berbelek machnął ryktą.
W obozie w dżungli za Żółwią Babilończyk odzyskał Formę już po niecałym dniu. Pozostały blizny na dłoni, na plecach, na piersi, ale z nimi poradzi sobie byle teknites somy. Bynajmniej nie w ich sprawie chodził do medyka dżurdży.
— Mbula, czy potrafiłbyś sporządzić taką truciznę, która zadziałałaby i zabiła dopiero po dziesięciu dniach, i antidotum na nią? Tu, teraz. Potrafiłbyś?
Plan Szebreka był następujący: zatruć hodżrikowych zbójów i posłać ich do miasta kakomorfów. Niech wrócą i opowiedzą; tylko tak się uratują. Pięć dni tam, pięć dni z powrotem — powinni zdążyć. Niech będzie w końcu jakiś pożytek z tych bandytów, skoro pozostawiliśmy ich przy życiu i poimy, i karmimy — przynajmniej pożytek dla zofii. W sumie więźniów mieli czterech: dwóch zwiadowców i dwóch rannych z głównego oddziału, w tym jednego, za którego głowę wyznaczona była nagroda, owego Jaskółkę. Drugi ranny miał roztrzaskane biodro, do którego uleczenia, w braku teknitesa somy, sam Szpon potrzebowałby kilku miesięcy. Pozostawał więc Hamis i jego towarzysz, Abu Hadżan.
— No dobrze, ale skąd możemy mieć pewność, że po prostu nie posiedzą parę dni tuż za rzeką, nie wrócą potem i nie opowiedzą bajek? — powątpiewał Zenon.
Pan Berbelek i Szulima wymienili spojrzenia.
— Tym akurat bym się nie przejmowała. Wierz mi, poznamy, czy kłamią, czy tam poszli, czy nie.
Trucizna Szpona miała postać czarnej, cuchnącej mazi. Obtoczone w niej palce demiurgos wcisnął przemocą do ust, uszu, odbytów i przez pępki do wnętrzności dwóch bandytów. Wierzgali, pluli, przeklinali. Szebrek objaśnił im warunki, pokazał mbulowe antidotum, dał wyrysowaną na wyprawionej skórze mapę i zapasy prowiantu.