N’Zui zabrali ich do Żółwiej Rzeki i przewieźli na południowy brzeg.
Nastąpił najspokojniejszy dla Hieronima tydzień podczas całej dżurdży. Dżungla tu była po większej części naturalną dżunglą afrykańską, kakomorfie we florze — rzadkie i nigdy zupełne; kakomorfy zwierzęce trafiały się częściej, zwłaszcza ptaki, które przelatywały swobodnie ze Skoliodoi zza Żółwiej. Zauroczone wyjątkowo efektownym okazem, dziewczęta postanowiły złapać sobie kilka takich ptaków żywcem — zabiorą je do Alexandrii, będą trzymać w klatkach, nikt w całym Aegipcie nie ma podobnych. Pan Berbelek zauważył, że w anthosie Nabuchodonozora nic nie utrzymuje swej Formy, im dziksza, tym prędzej morfuje ku kratistosowi. Ale dziewczęta były zdecydowane: niechby nawet kakorneony w niewoli częściowo zmorfowało — zawsze pozostanie jakiś obraz cudu. N’Zui upletli z lian wielkie sieci. Klaudia i Alitea znikały w dżungli na całe dnie, zabierając ze sobą po czterdziestu, pięćdziesięciu wojowników, czasami nakłaniając do pomocy nimroda. Zajdar krążył po dżungli przed i po zmroku, właściwie nie sypiając, a może śpiąc bez przerwy, w jakimś transie łowieckim, zawsze na tropie, pozornie skupiony na czymś innym, wcale nie na tym, na co patrzył nie mrugającymi nigdy oczyma. Weroniusze upolowali przy nim wielkiego kakomorfa aeru i hydoru, mgielną bestię rozciągniętą między drzewami na kilkadziesiąt pusów, powietrzną ośmiornicę wsysającą, pochłaniającą, trawiącą w locie ptaki, owady, nietoperze. Ośmiornica niestety rozpłynęła się w kilka godzin po śmierci; ale Szebrek zdążył ją narysować, z Weroniuszami stojącymi dumnie na jej cielsku.
Pan Berbelek niewiele polował. Szedł na łowy wyłącznie wtedy, gdy szła Szulima. A może to Szulima szła, gdy on szedł. W tym momencie już trudno było to rozsądzić między nimi, jedna Forma stanowiła odbicie drugiej, ale która której? Nawet jeśli zabierali z sobą Zueię — wystarczyło, że skinął głową i niewolnica znikała im z oczu, teraz i on był jej panem. Skinął głową, pociągnął Szulimę, albo też to ona go ciągnęła, w zieleń, w czerwień, w cień i półmrok, w gorącą gęstwinę, i już ręce na ciele, język na skórze, dzikość pod formą dzikości, dżungla w sercu, szpony, nie paznokcie, kły, nie zęby, mięso, nie ciało, zwierzę, nie człowiek, głód, nie pożądanie. Tak, tak, takie właśnie pragnienie sobie zaplanował, to mu była obiecała — bez słów, bez myśli — jeszcze w Vodenburgu, w to uwierzył i to otrzymał: te zielone oczy patrzące tylko na niego, te długie palce zaciskające się na jego ramieniu, te jasnozłote włosy pod jego dłonią, te alexandryjskie piersi pod jego wargami, te usta uśmiechnięte — nie uśmiechnięte, wykrzykujące nieprzyzwoitości pod morfą Hieronima Berbeleka. W dżungli kakomorficznej, na granicy Skoliodoi. Gdyby tam i wtedy esthle Amitace poczęła — jaka potencja zmaterializowałaby się w jej łonie?