walczył z karawaną, Yawenyr wydawał rozkazy. Sahrendey wsadzili na konie wszystkich,
których mogli, w jego obozie pięć tysięcy kobiet dosiadło luzaków i zajęło pozycje wśród
wojowników. Drugie tyle ubrało jasne stroje i dołączyło do Błyskawic, powiększając ich
liczbę. Jednym prostym rozkazem Ojciec Wojny pomnożył swoje sity w oczach wroga, który
teraz rozpaczliwie zmieniał ustawienie wozów, okopując się na wzniesieniu.
– Może... uderzyć teraz?
– Może. – Uśmiech starca ciął chłodem. – A może lepiej stoczyć bitwę nocą, gdy ich oczy
znów będą ślepe, a każdy płomień widać na dziesięć mil? Gdy ich serca skruszeją bardziej, a
nasi Źrebiarze lepiej przygotują swoje zaklęcia? Poza tym twoi wojownicy muszą zdążyć
przygotować sprzęt do szturmu. Moja łaska nadal cię dotyka, Synu. Będziesz miał zaszczyt
poprowadzić pierwszy atak.
Przez chwilę, przez mniej niż mgnienie oka, panowała cisza. Kyh Danu Kredo wiedział
już, dlaczego nadal każą mu stawać przed Yawenyrem bez broni. Gdyby miał choć sztylet...
– Tak, Ojcze. Jestem zaszczycony.
– Wiem. Idź i szykuj się do walki.
* * *
Nie. Tylko nie to. Nie róbcie tego!
Formujcie Kamienną Ścianę albo Zwiniętego Węża, albo nawet Rogaty Gród, ale nie
Kwiat, nie Martwy Kwiat!
Szarpnęła się, aż trójnóg zatrzeszczał, a ból przeszył ją od góry do dołu. Krzyknęła
krótko, ale nikt – nawet jej strażnicy, zajęci przyglądaniem się potędze koczowników – nie
zwrócił na to uwagi. Nie potrafiła ocenić, ilu konnych wyszło w pole, wydawało jej się, że
samych Sahrendey jest pięćdziesiąt tysięcy. Wylegli przed swoje obozowiska linią szeroką na
dwie albo trzy mile, obsiedli oba wzgórza, między którymi znajdowało się podejście do rzeki.
Po lewej miała koczowników Danu Kreda, a daleko za nimi srebrzystozłotą ścianę Jeźdźców
Burzy. Takiej siły Se-kohlandczycy nie wystawili w jednym miejscu od czasu wielkiej wojny
z Imperium. Ale i tak... Nie Martwy Kwiat!
Powietrze wypełniał nieustanny ryk:
–
Nawet Sahrendey podjęli wyzwanie w nie swoim języku i wydawało się, że sama kopuła
nieba, przykryta bladoszarą zasłoną wysokich chmur, trzęsie się i kołysze w rytmie bitewnego
wrzasku:
–
Opuściła twarz i gdyby mogła, zatkałaby uszy. Ale nie mogła. Bolało. Bolało tak bardzo,
że miała wrażenie, iż poprzednie godziny były ledwo pieszczotą. Teraz już nie pomagało
wolne oddychanie, rany rwały na zmianę tępym i ostrym bólem, w brzuchu coś ciążyło,
ciągnęło w dół, jakby chciało się wydostać na zewnątrz.
Spojrzała najpierw na swoje stopy, potem na czarną kałużę poniżej, a dopiero później na
leżącą w niej głowę. Czerep mrugnął do niej już dwa razy, zresztą, może tylko tak się jej
wydawało? To były szybkie mrugnięcia, a co ona może wiedzieć o obciętych głowach? Może
mrugają sobie z nudów? W końcu trudno cokolwiek innego zrobić, jak się nie ma ciała, rąk
ani nóg, nie można się podrapać ani odejść, trzeba leżeć tam, gdzie cię kopnięto, i mrugać.
Spuchnięty język wypełnia usta, więc nie można też mlaskać ani się uśmiechać, ani nawet
zagadać, choć to mogłoby być trudne, bez płuc i krtani. I...
– Popadasz w szaleństwo?
Starszy ze strażników obrócił się nagle, zasyczał coś ostro i wysunął przed siebie
włócznię. Kobieta, która powiedziała te słowa, nie zareagowała niczym więcej niż
spojrzeniem, jakie rezerwuje się dla ujadającego kundelka, a gdy wyraźnie skonsternowany
opuścił broń, rzuciła kilka słów w gardłowym języku. Odwarknął coś krótko i odwrócił się.
– Gapisz się na tę głowę i uśmiechasz do niej, to znamiona obłędu.
Key’la uniosła twarz i spojrzała w czarne oczy. Saonra Womreys,
czarnobrodego mordercy. Siedziała na jabłkowitej klaczy ledwo kilka kroków od trójnoga i
patrzyła na nią z obojętną miną.
– Mor... dercy... zdrajcy... – ledwo udało jej się to wyszeptać i chyba tamta nie
zrozumiała, bo nawet nie mrugnęła.
– Jesteśmy gotowi do bitwy. Nie chcemy jej, ale pójdziemy, by walczyć dla chwały Ojca
Wojny, bo wy, tchórzliwe, rozmiłowane w koniach, śmierdzące brudasy wróciliście, choć
nigdy nie powinniście tego robić. Moi bracia i siostry będą ginąć, a ja nie czuję nic poza
znużeniem i odległym smutkiem. Jestem Rozmawiająca z Duchami, lecz te jeszcze do nas nie
dotarły, rzeźbione słupy są martwe, więc nie wiem, skąd to uczucie. Powinnam was
nienawidzić i wami gardzić, lecz wierz mi, nie potrafię. Jutro was zabijemy, potem, gdy
przybędzie reszta, zmiażdżymy jeden po drugim kolejne obozy, a nasze namioty zapełnią się
łupami. Powinnam się tym cieszyć, ale też nie potrafię. Sądzisz, że łupy będą należytą
odpłatą?
Odpłatą? Odpłatą?!
Szarpnęła się, aż zatrzeszczały rzemienie, obróciła głowę i z całej siły splunęła pod
kopyta jabłkowitej klaczy.
– Mordercy!