prostu na trawie, wystawiając twarze do słońca, niektórzy spali. Zeszli na wyżynę jako czoło
kolumny, a Kenneth dopiero po rozmowie z Hasem zrozumiał, dlaczego odstąpiono im ten
zaszczyt. W jakiś sposób, niezauważenie, stali się częścią karawany. Widział to, schodząc w
dół, pracujący Wozacy ustępowali mu z drogi, uśmiechali się, pozdrawiali. Sam Ger’serens
znalazł czas, by skinąć głową i żartobliwie zasalutować na meekhański sposób. Porucznik
oddal salut i uśmiechnął się. Czuł się dobrze, chyba po raz pierwszy, odkąd wyruszyli, a kiedy
widział, jak rośnie droga w dół, docierało do niego, że tego dokonali, że przeprowadzili przez
góry liczącą dziesiątki tysięcy wozów karawanę, a nawet jeśli jeszcze większa jej część tkwiła
wciąż pod Kehlorenem – choć, do cholery, wyobraźnia cofała się przed tym faktem – to i tak
zrobili coś, co powinno zostać zapisane w kronikach imperialnej armii.
To, że nie zostanie, bo Imperium będzie chciało zachować pozory, że atak Verdanno na
Wyżynę Lytherańską był wynikiem „buntu” i „nieposłuszeństwa”, nie miało znaczenia.
Wozacy będą pamiętać, a rozkazy zostały wykonane, najlepiej jak się dało.
No i był piękny, wiosenny dzień, słońce świeciło jasno, a gulasz, czy cokolwiek tam
bulgotało w kociołkach, pachniał znakomicie. Miło odpocząć po dobrze wykonanej robocie.
Kenneth znalazł sobie miejsce na niewielkim pagórku, klapnął na trawę i rozejrzał się. Andan
drzemał ze źdźbłem trawy w ustach, Versen-hon-Lawons trzymał łuk na kolanach i smarował
cięciwę tłuszczem, Omne Wenk, Vełergorf i Cerwes Fenl wdali się w jakąś dyskusję, której
głównym elementem było wymachiwanie rękoma i głupawe gesty. Szczerzyli się przy tym
jak idioci. Bergh rzucał psom kawałki mięsa, każdemu po kolei, a zwierzęta łapały je w
powietrzu, kłapiąc zębami i śliniąc się obficie. Fenlo mieszał zawzięcie w kociołku. Sielanka.
– Dziesiętnicy, do mnie! Narada!
Wstawali i podchodzili powoli. Omne, Velergorf i Cerwes nie przerywali przy tym
pogawędki, a Versen oglądania łuku.
– Siadać.
Usiedli w karnym okręgu, patrząc na dowódcę. Było lepiej niż w chwili, gdy wyruszali
spod zamku. Dni ciężkiej wędrówki sprawiły, że kompania bardziej się zgrała; co prawda
hon-Lawons nadal trzymał się na uboczu, ale to samo porucznik mógł powiedzieć o Berghu, z
którego zazwyczaj każde słowo trzeba było wyciągać wołami i który sprawiał wrażenie, jakby
psy były dla niego ważniejsze niż ludzie. Mimo to Kenneth bez wahania powierzyłby mu
własne życie.
Zresztą najlepiej zmiany widać było po tym, jak rozłożyła się reszta kompanii, dziesiątki
mieszały się ze sobą, jadły ze wspólnych kotłów, gawędziły albo grały w kości. Żołnierze byli
wyraźnie rozluźnieni i zadowoleni. Nawet dziesiątka Fenlo Nura, choć siedziała na uboczu,
sprawiała wrażenie... mniej spiętej.
– I jak tam osoba obdarowana kwiatkami?
Velergorf i dwójka jego towarzyszy szczerzyli się szeroko, zdradzając, jaki był główny
temat ich dyskusji. Kenneth zastanowił się i uśmiechnął złośliwie.
– Blada i śmiertelnie zmęczona – powiedział całą prawdę.
– Ha. Mówiłem. – Cerwes wyszczerzył się jeszcze szerzej.
– Nie zabrałem was tu, by gadać o kwiatkach, dziesiętniku. Zadanie wykonane. Trzeba
pomyśleć nad drogą powrotu. I nie – pokręcił głową, widząc ich miny – nie zbieramy się
dzisiaj, i chyba nawet nie jutro. Trzeba odpocząć, zanim wrócimy w góry, i uzupełnić zapasy,
choć nie sądzę, by z tym był problem. No i przede wszystkim chcę zobaczyć, jak wozy
zjeżdżają z gór. Tylko wtedy będę wiedział, że nam się udało.
Kilka skinięć głowami i mruknięć aprobaty. Najwyraźniej nie tylko on chciał zobaczyć,
jak wozy drą kołami trawę u podnóża gór.
– Poza tym trzeba rozważyć, którędy wracamy – kontynuował. – Najprostszą i
najbezpieczniejszą drogą byłby powrót szlakiem, którym tu przyszliśmy, zawsze znalazłby się
nocleg i ciepłe jedzenie. Ale jest kilka przeszkód. Po pierwsze szlak jest już tak zapchany, że
czasem będzie trudno nawet pieszym minąć wozy, myślę zwłaszcza o Orlej Grani, przejściu
przez skały za nią, moście i kilku wąskich gardłach. Verdanno nie zatrzymają ruchu całej
karawany, żebyśmy mogli się przecisnąć. Poza tym to długa droga, prawie pięćdziesiąt mil.
Czekanie, aż nas przepuszczą, może zająć kilka dni.
Popatrzył po twarzach, teraz słuchali go wszyscy, znikły głupawe uśmieszki i nieobecne
spojrzenia. Andan nadal żuł źdźbło trawy, Velergorf i Bergh sprawiali wrażenie zamyślonych,
ale Kenneth za dobrze ich znał, żeby dać się nabrać. Słuchali i notowali w pamięci. Czwórka
nowych podoficerów także nie spuszczała z niego wzroku.
– Po drugie nie możemy wrócić do zamku szlakiem, którym podążają Verdanno, bo oni
oficjalnie podnieśli bunt, więc Górska Straż nie może sobie spacerować między wozami jak
gdyby nigdy nic.
– I tak nikt w to nie uwierzy, panie poruczniku.
– To prawda, Omne, jasna jak tyłek Pani Lodu. Ale tu nie chodzi o to, w co Ojciec Wojny