Następnego dnia oszukał Maksyma również i las. Nie można było zrobić w nim kroku, aby nie natknąć się na żelazo: na martwe, przerdzewiałe na wskroś żelastwo; na przyczajone żelastwo celujące z ukrycia i gotowe w każdej chwili zamordować; na poruszające się żelastwo, ślepo i bezsensownie rozorywające szczątki dróg. Ziemia i trawa cuchnęły rdzą, na dnie rozpadlin zbierały się radioaktywne bajorka, ptaki nie śpiewały, lecz ochryple wrzeszczały jak w przedśmiertelnej rozpaczy. Zwierząt nie było, nie było nawet leśnej ciszy, bo co chwilę ze wszystkich stron rozlegał się łoskot i grzmot wybuchów, w gałęziach kłębiły się sinawe dymy, a porywy wiatru przynosiły jazgot rozklekotanych silników…
Popłynęło pseudożycie: dzień — noc, dzień — noc. Dniem szli do lasu, który nie był lasem, lecz starym pasem umocnień nafaszerowanym automatycznymi urządzeniami bojowymi, samobieżnymi działami, rakietami na gąsienicach, miotaczami ognia i gazu. Wszystko to nie umarło w ciągu ponad dwudziestu lat; wszystko nadal żyło swym niepotrzebnym, mechanicznym życiem; wszystko nadal celowało i rzygało ogniem, ołowiem i śmiercią; wszystko to trzeba było zdławić, wysadzić w powietrze i unicestwić, aby oczyścić teren pod budowę nowych wież retransmisyjnych. Nocą Dzik po dawnemu milczał, a Zef ciągle od nowa zaczynał wypytywać i był prostolinijny aż do kretynizmu, to znów nad podziw chytry i zręczny. Była też prymitywna strawa, dziwne pieśni katorżników i legioniści bijący kogoś po twarzy. Dwa razy dziennie wszyscy w barakach lub w lesie skręcali się z bólu pod uderzeniem promieniowania i powieszeni uciekinierzy kołysali się na wietrze…
Dzień i noc, dzień i noc…
— Dlaczego pan go chciał zatrzymać? — zapytał nagle Dzik.
Maksym szybko usiadł. To było pierwsze pytanie, jakie zadał mu jednoręki.
— Chciałem zobaczyć, jak jest zbudowany.
— Zamierza pan uciekać?
Maksym zerknął na Zefa i powiedział:
— Nie, wcale nie o to chodzi. Ciekaw jestem, to bądź co bądź skomplikowany pojazd bojowy…
— A po co panu czołg? — zapytał Dzik. Mówił tak, jakby rudego prowokatora nie było.
— Nie wiem — powiedział wolno Maksym. — Muszę się jeszcze nad tym zastanowić. Dużo tu ich jest?
— Dużo — wtrącił się rudy prowokator. — Czołgów jest dużo i durniów też zawsze było pod dostatkiem. — Ziewnął. — Wielu już próbowało. Wlezą, pogrzebią trochę i dadzą spokój. A jeden taki podobny do ciebie idiota to w ogóle wyleciał w powietrze.
— Nie szkodzi, ja bym nie wyleciał — powiedział zimno Maksym. — To nie jest zbyt złożona konstrukcja.
— Chciałbym jednak widzieć, po co on panu — powiedział jednoręki, który leżał na plecach i palił, trzymając skręta w palcach protezy. — Przypuśćmy, że zdoła go pan wyremontować. Co dalej?
— Spróbuje przedrzeć się przez most! — zarechotał Zef.
— Czemu nie? — zapytał Maksym. Nie miał zupełnie pojęcia, jak się właściwie zachować. Ten rudy chyba jednak nie jest prowokatorem. Massaraksz, dlaczego się nagle do mnie przyczepili?
— Nie dotrze pan do mostu — powiedział jednoręki. — Zdążą pana sto razy rozstrzelać. A jeżeli nawet dotrze pan, to zobaczy, że most jest podniesiony.
— A po dnie rzeki?
— Rzeka jest radioaktywna — powiedział Zef i splunął. — Gdyby to była przyzwoita rzeka, nie trzeba by żadnych czołgów. Można przepłynąć w dowolnym miejscu, brzegi nie są strzeżone. — Znowu splunął. — Zresztą wtedy byłyby strzeżone… Nie gorączkuj się więc młodzieńcze. Dostałeś się tu na długo i musisz się przystosować. Kiedy się przystosujesz, wtedy znajdzie się robota. A jeśli nie będziesz słuchał starszych, to jeszcze dzisiaj możesz skręcić kark.
— Ucieczka nie jest trudna — powiedział Maksym. — Mógłbym uciec choćby zaraz…
— Coś podobnego! — powiedział Zef z zachwytem w głosie.
— …i jeżeli macie zamiar bawić się nadal w konspirację… — ciągnął Maksym, demonstracyjnie zwracając się tylko do Dzika, ale Zef znowu mu przerwał:
— Mam zamiar wykonać dzisiejszą normę — oświadczył podnosząc się z ziemi — bo inaczej nie dadzą nam żreć. Idziemy!
Odszedł kaczym krokiem w kierunku lasu i Maksym zapytał jednorękiego:
— Czyżby on był więźniem politycznym?
Jednoręki spojrzał na niego uważnie i odrzekł:
— Cóż za pomysł?!
Poszli za Zefem, starając się stawiać stopy w jego ślady. Maksym szedł z tyłu.
— Za co więc siedzi?
— Za nieprawidłowe przejście ulicy — odpowiedział Dzik i Maksym znów stracił ochotę do rozmowy.