Nie uszli nawet stu kroków, kiedy Zef zakomenderował: „Stój!” i zaczęła się robota. „Padnij!” — wrzasnął Zef. Rzucili się na ziemię, a grube drzewo przed nimi obróciło się z przeciągłym skrzypieniem, wysunęło z wnętrza cienką lufę armatnią i poruszyło nią na boki, jakby czegoś szukało. Później coś zabrzęczało, rozległ się trzask spłonki i z czarnej gardzieli działa leniwie wypełznął obłoczek żółtego dymu. „Zakisło” — powiedział Zef rzeczowo i podniósł się pierwszy otrzepując spodnie. Drzewo z armatą wysadzili w powietrze. Potem było pole minowe, później wzgórek-pułapka z cekaemem, który nie zakisł i długo przyciskał ich do ziemi hałasując na cały las. Następnie znaleźli się w prawdziwej dżungli drutów kolczastych, przedarli się przez nie z największym trudem, a kiedy byli już po drugiej stronie, otwarto do nich ogień gdzieś z góry. Wszystko dokoła wybuchało i płonęło. Maksym był zupełnie zdezorientowany, jednoręki spokojnie i bez słowa leżał twarzą do ziemi, a Zef walił z granatnika prosto w niebo i nagle wrzasnął: „Biegiem za mną!” — Pobiegli więc, a tam, gdzie przed chwilą leżeli, wybuchł pożar. Zef klął najgorszymi słowami, a Dzik podśmiewał się z niego. Dotarli do gęstych zarośli, a tam nagle zaświszczało, zasapało i przez gałęzie zaczęły walić zielonkawe obłoki wstrętnie cuchnącego gazu. Znowu trzeba było biec, znowu przedzierać się przez gąszcz, Zef znowu klął, a jednoręki wymiotował.
Wreszcie Zef zmęczył się i zarządził odpoczynek. Rozpalili ognisko i Maksym jako najmłodszy zabrał się do przyrządzania posiłku, którym była zupa z konserw gotowana w pamiętnym kociołku. Zef i jednoręki, usmoleni i obdarci, leżeli opodal i palili. Dzik wyglądał na bardzo zmęczonego. Był już stary i było mu trudniej niż pozostałym.
— Nie mogę zrozumieć — powiedział Maksym — w jaki sposób zdołaliśmy przegrać wojnę przy takim zagęszczeniu sprzętu bojowego.
— A kto ci powiedział, żeśmy ją przegrali? — zapytał leniwie Zef.
— Przecież nie wygraliśmy — powiedział Maksym. — Zwycięzcy tak nie żyją.
— We współczesnej wojnie nie ma zwycięzców — zauważył jednoręki. — Ma pan oczywiście rację. Wojnę przegraliśmy. Tę wojnę przegrali wszyscy. Wygrali tylko Płomienni Chorążowie.
— Płomiennym Chorążym też nie jest lekko — powiedział Maksym mieszając polewkę.
— Tak — powiedział poważnym tonem Zef. — Bezsenne noce i trudne rozmyślania nad losem swego narodu… Zmęczeni i dobrzy, wszystkowidzący i wszystkorozumiejący… Massaraksz, zapomniałem, jak tam dalej idzie, dawno gazet nie czytałem…
— Wierni i dobrzy — poprawił jednoręki. — Poświęcający się bez reszty postępowi i walce z chaosem.
— Odwykłem od takich słów — powiedział Zef. — My tu słyszymy raczej „pyskacz” i „morda”… Chłopak, jak ci tam…
— Maksym.
— Tak, racja… Mieszaj, mieszaj, Mak. Uważaj, żeby się nie przypaliło!
Maksym mieszał. Później Zef oświadczył, że już czas, że nie ma siły dłużej czekać. Zupę zjedli w całkowitym milczeniu. Maksym czuł jednak, że coś się zmieniło, że coś dzisiaj zostanie powiedziane. Ale po obiedzie jednoręki znowu się położył i zaczął patrzeć w niebo, Zef z nieartykułowanym pomrukiem zabrał kociołek i wytarł jego dno kawałkiem chleba. „Warto by coś ustrzelić… — mamrotał. — Żreć się chce, jakbym nic do pyska nie brał… Tylko apetyt sobie niepotrzebnie zaostrzyłem…” Maksym poczuł się niezręcznie i próbował nawiązać rozmowę o polowaniu w tych okolicach, ale bez skutku. Jednoręki leżał z zamkniętymi oczami i zdawał się spać. Zef wysłuchał do końca przemowy Maksyma i warknął tylko: „Jakie tu znów polowanie, wszystko zakażone, aktywne!…” — i również wyciągnął się na plecach.
Maksym westchnął, wziął kociołek i powlókł się do strumyka, który usłyszał w pobliżu. Woda w strumieniu była przezroczysta, wyglądała na smaczną i czystą. Maksym poczuł pragnienie i zaczerpnął ręką. Niestety, kociołka nie wolno było tu myć, pić też nie było warto: strumyk był wyraźnie radioaktywny. Maksym przykucnął, postawił kociołek obok siebie i zamyślił się.
Najpierw nie wiedzieć czemu pomyślał o Radzie i o tym, jak zawsze sama myła naczynia po posiłku i nie pozwalała sobie pomagać pod śmiesznym pretekstem, że to nie jest męska robota. Uprzytomnił sobie, że ona go kocha, i odczuł dumę, gdyż do tej pory jeszcze żadna kobieta go nie kochała. Gwałtownie zapragnął zobaczyć Radę i zaraz potem ze skrajnym brakiem konsekwencji ucieszył się, że jej przy nim nie ma. To nie jest miejsce dla kobiet — pomyślał. — To nie jest miejsce nawet dla najgorszych mężczyzn. Należałoby tu wpuścić ze dwadzieścia tysięcy automatów utylizacyjnych, a może po prostu rozpylić te wszystkie lasy z całą ich zawartością i wyhodować nowe, wesołe. Mogą być zresztą ponure, byleby były czyste i mroczne w sposób naturalny.