Wystrzał zdruzgotał mu gąsienicę. Po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat opuścił wyjeżdżone koleiny i wydzierając z jezdni odłamki betonu skręcił w gąszcz. Obrócił się wolno na miejscu, naparł szeroką maską na zarośla krzewów i odtrącając z głośnym chrzęstem drżące pnie drzew ukazał w końcu ogromną, brudną rufę z chwiejącym się na zardzewiałych nitach poskręcanym arkuszem blachy. Wówczas Zef starannie i dokładnie, aby broń Boże nie zahaczyć kotła, wpakował mu pocisk kumulacyjny prosto w silnik, w mięśnie, ścięgna, zwoje nerwowe. Wtedy jęknął żelaznym głosem, wyrzucił ze stawów kłąb rozżarzonego dymu i zatrzymał się na zawsze. Ale coś jeszcze żyło w jego obrzydliwych trzewiach; ocalałe nerwy nadal posyłały jakieś sprzeczne sygnały; włączyły się i natychmiast wyłączyły układy awaryjne, które syczały i pluły pianą. Pancerny potwór jeszcze drgał jak stary paralityk; jeszcze ledwie poruszał ocalałą gąsienicą; jeszcze groźnie i bezsensownie, jak odwłok rozgniecionej osy, wznosiła się i opadała kratownica wyrzutni rakietowej. Zef przez kilka sekund patrzył na tę agonię smoka, a potem odwrócił się i poszedł w las, ciągnąc za sobą na pasie granatnik. Maksym i Dzik ruszyli za nim. Przyszli na cichą polankę, którą Zef z pewnością zapamiętał sobie idąc w tę stronę, zwalili się na trawę i Zef powiedział: „Zapalimy”.
Skręcił papierosa jednorękiemu, dał mu przypalić i zapalił sam. Maksym leżał z brodą opartą na rękach i przez rzadki lasek patrzył na ciągle jeszcze umierające monstrum, które żałośnie zgrzytało jakimiś ostatnimi trybami i ze świstem wyrzucało z rozdartych wnętrzności strumienie radioaktywnej pary.
— Tak się robi i tylko tak — powiedział Zef mentorskim tonem. Jeżeli będziesz robił inaczej, to wytargam za uszy.
— Dlaczego? — zapytał Maksym. — Chciałem go zatrzymać.
— A dlatego — odpowiedział Zef — że granat mógł zrykoszetować i rąbnąć w rakietę, a wtedy zostałaby z nas mokra plama.
— Celowałem w gąsienicę — powiedział Maksym.
— A trzeba celować w rufę! — uciął Zef i zaciągnął się papierosem. — A w ogóle, dopóki jesteś nowicjuszem, nigdzie nie pchaj się pierwszy. Chyba, że cię o coś poproszę. Jasne?
— Jasne — odparł Maksym.
Wszystkie te Zefowe subtelności go nie interesowały. Sam Zef też go zresztą nie bardzo interesował. Interesował go Dzik. Ale Dzik jak zwykle obojętnie milczał oparłszy sztuczną rękę na odrapanej osłonie wykrywacza min. Wszystko było jak zawsze i wszystko było nie tak, jakby chciał.
Kiedy tydzień temu nowo przybyłych katorżników ustawiono przed barakami, Zef podszedł prosto do Maksyma i wziął go do swego sto czternastego oddziału saperów. Maksym ucieszył się. Od razu rozpoznał tę ognistą brodę i krzepką, kwadratową figurę i było mu przyjemnie, że odkryto go w tym dławiącym kraciastym tłumie, gdzie wszyscy mieli w nosie wszystkich i nikt nikogo nie obchodził. Poza tym Maksym miał podstawy przypuszczać, że Zef, były słynny psychiatra Allu Zef, człowiek wykształcony i inteligentny nie miał nic wspólnego z tą półkryminalną tłuszczą; że znalazł się na katordze za politykę i jest w jakiś sposób związany z podziemiem. A kiedy Zef przyprowadził go do baraku i wskazał miejsce obok jednorękiego Dzika, Maksym pomyślał, że jego tutejsze losy ułożyły się bardzo pomyślnie. Ale wkrótce zrozumiał, iż się pomylił. Dzik nie chciał rozmawiać. Wysłuchał pospiesznie wyszeptanego opowiadania Maksyma o sprawach grupy, o wysadzeniu wieży, o procesie, a potem beznamiętnie wymamrotał: „Nie takie rzeczy się zdarzają…” Ziewnął i odwrócił się plecami. Maksym poczuł się oszukany, a tu jeszcze na pryczę wgramolił się Zef. „Nieźle się nażarłem” — z czkawką i mlaskaniem zakomunikował Maksymowi i bez żadnego przejścia, nachalnie, z prymitywną natarczywością zaczął wyciągać z niego nazwiska i adresy. Możliwe, że kiedyś był znakomitym uczonym, może, a nawet na pewno miał coś wspólnego z podziemiem, ale teraz czynił wrażenie zwyczajnego, obżartego prowokatora, który z braku lepszego zajęcia postanowił przed snem obrobić głupiego nowicjusza. Maksym pozbył się go nie bez trudu, a kiedy Zef nagle zachrapał jak syty i zadowolony wieprz, długo leżał bez snu i wspominał, ile to już razy oszukali go tu ludzie i zwiodły sytuacje.
Nerwy zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. Przypomniał sobie proces, obrzydliwy i zakłamany, już wcześniej rozpisany na głosy, przygotowany, zanim jeszcze grupa dostała rozkaz napadu na wieżę i pisemne donosy jakiegoś bydlaka, który wiedział o grupie wszystko, a może nawet był jej członkiem. Przypomniał sobie film nakręcony z wieży w chwili napadu i swój wstyd, kiedy na ekranie rozpoznał siebie walącego z automatu w reflektory… Nie, w jupitery oświetlające scenę tego straszliwego spektaklu… W zamkniętym na głucho baraku było okropnie duszno, gryzły pasożyty, katorżnicy bredzili przez sen, a w najdalszym kącie, przy płomyku świeczki własnej roboty rżnęli w karty i ochryple wrzeszczeli na siebie obozowi prominenci.