Potem przypomniał sobie, że został tu zesłany dożywotnio i zdumiał się naiwności tych, którzy go tutaj wpakowali nie biorąc od niego żadnego słowa i wyobrażając sobie, że będzie tu dobrowolnie wegetował i w dodatku pomagał im ciągnąć przez te lasy na południe linię wież promiennikowych. W aresztanckim wagonie usłyszał, że lasy rozpościerają się na setki kilometrów, a sprzęt bojowy trafia się nawet na pustyni…No nie, długo tu się nie zatrzymam. Massaraksz, jeszcze wczoraj te wieże wysadzałem w powietrze, a teraz będę oczyszczał teren pod ich budowę? Dosyć już narobiłem głupstw!
Dzik mi nie wierzy. Zefowi wierzy, a mnie nie. Ja nie wierzę Zefowi i zdaje się, że się mylę. Pewnie Dzikowi wydaję się tak samo nachalny i podejrzany, jak mnie wydaje się Zef… No, dobrze. Dzik mi nie wierzy, więc znowu jestem sam. Mogę oczywiście liczyć na spotkanie z Generałem lub Kopytem, ale to jest zbyt mało prawdopodobne: katorżników jest tu podobno ponad milion, a obszary ogromne… Tak, na takie spotkanie nie ma co liczyć… Można wprawdzie spróbować zorganizować grupę z nieznajomych, ale — massaraksz! — wstyd się przyznać, nie nadaję się do tego. Jestem zbyt łatwowierny… Chwileczkę, ustalmy najpierw warunki zadania. Czego ja chcę?
Przez kilka minut ustalał warunki zadania.
W każdym razie trzeba stąd uciekać — pomyślał. Spróbuję oczywiście zebrać jakąś grupę, ale jeżeli nic z tego nie wyjdzie, ucieknę sam. No i koniecznie czołg. Broni wystarczy tu na sto armii. Broń wprawdzie jest mocno zdezelowana, bądź co bądź rdzewieje tu już ponad dwadzieścia lat, ale spróbujemy ja doprowadzić do porządku, rozeznać się w miejscowej automatyce. Czyżby Dzik miał mi nie uwierzyć? — pomyślał niemal z rozpaczą, chwycił kociołek i pobiegł z powrotem do ogniska.
Zef i Dzik nie spali. Leżeli głowa przy głowie i o coś cicho, lecz gorąco się spierali. Zef ujrzawszy Maksyma powiedział pospiesznie: „Wystarczy” — i wstał. Zadarł do góry rude brodzisko, wytrzeszczył ślepia i wrzasnął:
— Gdzie cię nosi, massaraksz? Kto ci pozwolił oddalać się? Trzeba pracować, bo inaczej nie dadzą żarcia, trzydzieści trzy razy massaraksz!
Wtedy już Maksym nie wytrzymał. Zdaje się, że po raz pierwszy w życiu huknął na człowieka pełnym głosem:
— Niech pana diabli wezmą, Zef! Czy pan w ogóle potrafi myśleć o czymkolwiek innym niż żarcie? Od rana do nocy słyszę tylko jedno: żreć, żreć, żreć! Zeżryj pan moje konserwy!!!
Cisnął kociołek na ziemię, chwycił plecak i zaczął przekładać pasy przez ręce. Zef, przygnieciony falą akustyczną, patrzył na niego ogłupiały, ziejąc czarną jamą w ognistej brodzie. Potem paszczęka zatrzasnęła się, rozległo się bulgotanie, charkot i Zef zarechotał na cały las. Dzik mu wtórował, ale można się było tego jedynie domyślać, bo „śmiech” Zefa pokrywał wszystko. Maksym również trochę niepewnie się roześmiał. Było mu nieprzyjemnie, że nakrzyczał na Zefa.
— Massaraksz — wykrztusił wreszcie Zef. — To dopiero głosik!… — Nie, przyjacielu — zwrócił się do Dzika. — Zapamiętaj moje słowa. A zresztą powiedziałem: wystarczy… Wstać! — ryknął. — Do roboty, jeżeli chcecie… Hmm… Żreć dziś wieczorem…
I to wszystko. Pohałasowali, pośmieli się, spoważnieli i ruszyli dalej. Maksym z pasją rozbrajał miny, wyłamywał z gniazd sprzężone karabiny maszynowe i odkręcał głowice bojowe rakiet sterczących z otwartych wyrzutni. Znowu był ogień, fetor, syk strumieni gazów łzawiących i wstrętny odór gnijących zwierzęcych trupów rozstrzelanych przez automaty. Stali się jeszcze brudniejsi, jeszcze bardziej źli i obdarci, a Zef ciągle chrypiał do Maksyma: „Naprzód, naprzód! Jeżeli chcesz żreć wieczorem, naprzód!” Jednoręki Dzik zupełnie opadł z sił i wlókł się daleko z tyłu, wspierając się na swoim wykrywaczu min jak na szczudle.
Ostatnie godziny sprawiły, że Maksym miał już Zefa zupełnie dosyć, więc niemal się ucieszył, kiedy rudobrody nagle ryknął i z wielkim rumorem zapadł się pod ziemię. Maksym, wycierając pot z brudnego czoła brudnym rękawem, podszedł niespiesznie do miejsca wypadku i zatrzymał się na skraju mrocznej wąskiej szczeliny ukrytej w trawie. Szczelina była głęboka i ciemna, jej wnętrze tchnęło wilgocią i zimnem, a z ciemności dobiegały tylko jakieś pobrzękiwania i niewyraźne przekleństwa. Przykuśtykał Dzik, który również zajrzał do szczeliny, i zapytał Maksyma:
— Zef jest tam? Co on tam robi?
— Zef! — zawołał Maksym pochylając się nad dziurą. — Zef, gdzie pan jest?
Ze szczeliny zadudniło:
— Złaźcie tutaj! Skaczcie, tu jest miękko…
Maksym zerknął pytająco na jednorękiego, który pokręcił głową.
— To nie dla mnie — powiedział. — Niech pan skacze, zrzucę wam linkę.
— Kto tu jest?! — ryknął nagle z dołu Zef. — Będę strzelał, massaraksz!
Maksym spuścił nogi do szczeliny, odepchnął się i skoczył. Niemal natychmiast zapadł się po kolana w jakąś miękką masę i usiadł. Zef był gdzieś w pobliżu. Maksym zamknął oczy i przez kilka sekund siedział nieruchomo, przyzwyczajając się do ciemności.
— Chodź tutaj, Mak, tutaj ktoś jest — zadudnił Zef. — Dzik! — krzyknął. — Skacz!