Maksym wyobraził sobie, jak nieznany stoi między nimi i kręci głową łowiąc ich głosy.

— On jest między nami — powiedział Maksym. — Niech panu nie przyjdzie do głowy strzelać.

— Dobra — powiedział Zef po chwili milczenia. — Jak on wygląda?

— Nie wiem — odparł Maksym. — Miękki.

— Zwierzę?

— Chyba nie.

— Przecież powiedziałeś, że widzisz w ciemnościach!

— Ja widzę nie oczami — powiedział Maksym. — Cicho!

— Nie oczami… — warknął Zef i zamilkł.

Nieznany postał chwilę, przeszedł pod drugą ścianą, zniknął i po jakimś czasie znów objawił się w przodzie. On też jest ciekawy, pomyślał Maksym i spróbował wzbudzić w sobie uczucie sympatii do tego stworzenia. Coś jednak mu przeszkadzało — prawdopodobnie nieprzyjemne połączenie niezwierzęcego intelektu z na poły zwierzęcym wyglądem. Znów ruszył do przodu. Nieznany cofał się, zachowując stały dystans.

— Co słychać? — zapytał Zef.

— Wciąż to samo — odparł Maksym. — On nas gdzieś prowadzi albo stara się zwabić w pułapkę.

— A damy sobie radę?

— Nie zamierza nas atakować. Sam jest ciekawy. Zamilkł, bo nieznany znowu zniknął. W tej samej chwili Maksym pojął, że korytarz się skończył. Dokoła rozpościerało się wielkie pomieszczenie, zbyt jednak ciemne, żeby dało się cokolwiek wyraźniej dojrzeć. Maksym wyczuwał obecność metalu, szkła, woń rdzy i wibrację prądu wysokiego napięcia. Przez parę sekund stał bez ruchu, potem, zorientowawszy się, gdzie jest wyłącznik, sięgnął do niego ręką, ale w tym momencie nieznany znowu się pojawił. I to nie sam. Był z nim drugi, podobny, ale nieidentyczny. Stali pod tą samą ścianą co i Maksym, bo słyszał ich oddechy, szybkie i wilgotne. Znieruchomiał w nadziei, że podejdą bliżej, ale nie podchodzili, więc wówczas zwęził maksymalnie źrenice i nacisnął klawisz wyłącznika.

Widocznie w instalacji było jakieś zwarcie, bo lampy zapłonęły jedynie na ułamek sekundy. Potem gdzieś z trzaskiem wyskoczyły bezpieczniki i światło znowu zgasło. Maksym jednak zdążył zobaczyć, że nieznane istoty były niewielkie wzrostu dużego psa, stały na czworakach, były pokryte ciemną sierścią i miały wielkie, ciężkie głowy. Ich oczu nie zdołał dostrzec. Dziwne istoty natychmiast zniknęły, jakby nigdy ich nie było.

— Co się tam u ciebie dzieje? — zapytał Zef z niepokojem. — Co to za błysk?

— Zapalałem światło — odparł Maksym. — Proszę tu przyjść.

— A tego widziałeś?

— Prawie nie widziałem — odparł Maksym. — Jednak podobne są do zwierząt. Coś jakby wielkogłowe psy…

Na ścianach pojawiły się odblaski latarki. Zef ruszył do przodu mówiąc:

— A, psy… Wiem, że są takie w lesie. Żywych wprawdzie nigdy nie widziałem, ale zastrzelone wiele razy…

— Nie — powiedział Maksym z powątpiewaniem w głosie. — To jednak nie są zwierzęta.

— Zwierzęta, zwierzęta — powiedział Zef. Głos jego dudnił pod wysokim stropem. — Niepotrzebnie się baliśmy. A ja już pomyślałem, że to jakieś wampiry… Massaraksz! Przecież to jest Twierdza!

Zatrzymał się pośrodku hali, szperając promieniem latarki po ścianach, po rzędach cyferblatów i tablicach rozdzielczych. Połyskiwało szkło, nikiel, wypłowiały plastyk.

— Gratuluję ci, Mak. Jednak ją znaleźliśmy. A ja, głupi, nie wierzyłem… Co to takiego? Aha, mózg elektronowy, i to w dodatku pod prądem! Cholera, że też tu nie ma Kowala…! Słuchaj, a ty przypadkiem się w tym nie orientujesz?

— W czym mianowicie? — zapytał Maksym zbliżając się do niego.

— W całej tej maszynerii… To przecież jest pulpit sterowniczy! Gdyby go tak rozszyfrować, to cały kraj byłby nasz! Całe to żelastwo na górze jest przecież stąd sterowane! Żeby tak się w tym wszystkim zorientować, massaraksz!

Maksym zabrał mu latarkę, ustawił tak, żeby uzyskać rozproszone światło, i rozejrzał się. Wszędzie leżał kurz, leżał już od wielu lat, a na stole w kącie na zetlałym papierze stał ubrudzony czymś czarnym papier i obok niego widelec. Przeszedł wzdłuż pulpitów, dotknął jakiegoś pokrętła, spróbował włączyć komputer, ale dźwignia włącznika została mu w palcach…

— Wątpię — powiedział wreszcie. — Wątpię, aby stąd dało się czymś poważniejszym sterować. Po pierwsze dlatego, że tutaj wszystko jest zbyt prymitywne… Najprawdopodobniej to tylko jeden z posterunków obserwacyjnych albo podstacja kontrolna… Tutejsza maszyna jest bardzo słaba, nie wystarczy jej mocy do kierowania bodaj dziesięcioma czołgami… W dodatku wszystko się tutaj rozsypało i rozłazi się w rękach. Prąd wprawdzie jest, ale napięcie ma poniżej normy. Pewnie kocioł całkiem się zmulił… Nie, Zef, to nie jest takie proste, jak się panu wydaje.

Zauważył nagle wystające ze ściany długie rury połączone gumowym półhełmem obserwacyjnym. Przysunął sobie aluminiowe krzesełko, usiadł na nim i przytknął oczy do okularów. Ku jego zdziwieniu optyka była w znakomitym stanie, ale jeszcze bardziej zdumiało go to, co zobaczył. W polu widzenia miał zupełnie nieznany krajobraz: białożółtą pustynię, wydmy piaszczyste i szkielet jakiejś metalowej konstrukcji… Wiał tam silny wiatr, po diunach biegły strumyki piasku, zamglony horyzont zwijał się we wklęsłą czarę.

Перейти на страницу:

Похожие книги