— Niech pan spojrzy — zwrócił się do Zefa. — Gdzie to jest?
Zef oparł granatnik o pulpit, podszedł i popatrzył.
— Dziwne — powiedział po pauzie. — To jest pustynia. To, przyjacielu, o jakieś czterysta kilometrów stąd… — Oderwał się od okularów i podniósł oczy na Maksyma. — Ileż ci dranie władowali w to roboty… I co osiągnęli? Teraz tylko wiatr hula po wydmach, a jaki to był piękny kraj! Pamiętam, jak jeszcze przed wojną rodzice zabrali mnie tam na wakacje… — Wstał. — Chodźmy stąd w diabły — powiedział z goryczą i wziął latarkę. — Nic tu nie wymyślimy. Trzeba będzie zaczekać, aż złapią Kowala i tu go przyślą. Tyle, że go z pewnością od razu rozstrzelają… No jak, idziemy?
— Tak — powiedział Maksym przyglądając się dziwnym śladom na podłodze. - — To mnie interesuje o wiele bardziej — oświadczył.
— Całkiem niepotrzebnie — burknął Zef zarzucając granatnik na ramię. — Tu z pewnością mnóstwo innych zwierzaków się włóczy.
Ruszył do wyjścia: Maksym, zerkając wciąż na ślady, pospieszył za nim.
— Głodny jestem — powiedział Zef.
Znaleźli się w korytarzu. Maksym zaproponował wyłamanie którychś drzwi, ale zdaniem Zefa nie miało to najmniejszego sensu.
— Całą tą sprawą trzeba zająć się poważnie — powiedział. — Stracimy na próżno czas, a nie wyrobiliśmy jeszcze dzisiejszej normy. Tutaj trzeba przyjść z fachowcem…
— Na pańskim miejscu zbytnio bym na tę Twierdzę nie liczył. Po pierwsze wszystko tu przegniło, a po wtóre to podziemie już jest zajęte.
— Niby przez kogo? Aha, mówisz o tych psach…? Ty też? Jedni gadają o wampirach, a ty…
Zef zamilkł. Korytarzem przetoczył się gardłowy krzyk, wielokrotnie odbił się od betonowych ścian i ucichł. Od razu gdzieś z tyłu dobiegł taki sam głos. To były bardzo znajome dźwięki, ale Maksym nie mógł sobie przypomnieć, gdzie je słyszał.
— To one krzyczą po nocach! — powiedział Zef. — A myśmy myśleli, że to ptaki…
— Dziwny krzyk — zauważył Maksym.
— Nie wiem, czy dziwny — mruknął Zef — ale z pewnością dość przerażający. Kiedy nocą zaczynają wrzeszczeć w lesie, to aż dreszcz człowieka przechodzi. Ileż to o tych krzykach ludziska bajek opowiadali! Pewien kryminalista chwalił się nawet, że zna ten język. Tłumaczył go.
— I cóż on takiego tłumaczył? — zapytał Maksym.
— Brednie. Nie ma mowy o żadnym języku…
— A gdzie jest ten kryminalista?
— Zaginął bez wieści — odparł Zef. — Był w oddziale budowlanym, który zabłądził w lesie.
Skręcili w lewo i daleko przed nimi pokazała się przymglona plama światła. Zef wyłączył latarkę i schował ją do kieszeni. Szedł teraz przodem i nagle gwałtownie się zatrzymał. Maksym omal na niego nie wpadł.
— Massaraksz — wymamrotał Zef.
Na posadzce w poprzek korytarza leżały ludzkie kości. Zef zerwał granatnik z ramienia i rozejrzał się nerwowo.
— Tego tu nie było — mruknął.
— Tak — powiedział. — Te kości ktoś tu przed chwilą położył.
Z tyłu, z głębi podziemia rozległ się nagle cały chór przeciągłych, gardłowych wrzasków. Wrzaski nakładały się na echo i wydawało się, że krzyk dobywa się z tysiąca gardeł, skandujących chórem jakieś dziwne czterosylabowe słowo. Maksym wyczuł w nim groźną, pogardliwą ironię. Potem chór umilkł równie nagle, jak się odezwał. Zef głośno sapnął i opuścił przygotowany do strzału granatnik. Maksym znów spojrzał na szkielet.
— Według mnie to jest aluzja — powiedział.
— Według mnie również — burknął Zef. — Chodźmy stąd szybciej.
Niemal biegiem dotarli do dziury w stropie, wdrapali się na stertę ziemi i zobaczyli nad sobą zaniepokojoną twarz Dzika, który leżał piersią na krawędzi szczeliny, przez którą przerzucił linkę z pętlą na końcu.
— Co tam u was? — zapytał. — To wy krzyczeliście?
— Zaraz ci wszystko opowiemy — powiedział Zef. Zamocowałeś linkę?
Wygramolili się na górę. Zef skręcił sobie i jednorękiemu po papierosie, zapalił i przez dłuższą chwilę milczał, najwidoczniej usiłując sobie wyrobić jakiś pogląd na to, co zaszło w podziemiach.
— Dobra — powiedział wreszcie. — No więc tak. Krótko. To jest Twierdza. Tam są pulpity, mózg i różne inne. Wszystko w żałosnym stanie, ale energia jest i zdołamy to wykorzystać, kiedy tylko znajdziemy ludzi, którzy się na tym znają… To nie wszystko. — Zaciągnął się i szeroko rozwarłszy usta wypuścił kłąb dymu, zupełnie jak uszkodzony miotacz pocisków gazowych. — Wszystko wskazuje na to, że tam gnieżdżą się psy. Pamiętasz, opowiadałem ci? Psy z ogromnymi głowami… To one wrzeszczały… A jeśli dobrze się zastanowić, to może i nie one, bo widzisz… Jak by ci tu powiedzieć… Kiedyśmy się z Makiem tam włóczyli, ktoś położył w korytarzu ludzki szkielet. To wszystko.
Jednoręki popatrzył na niego, potem na Maksyma.
— Mutanci? — zapytał.
— Możliwe — odparł Zef. — Ja w ogóle nikogo nie widziałem, ale Mak utrzymuje, że widział psy… Tylko nie oczami. Czym ich właściwie widziałeś, Mak?
— Oczami też ich widziałem — powiedział Mak. — I chcę przy okazji dodać, że nikogo poza tymi waszymi psami tam nie było. Wiedziałbym, gdyby było inaczej. I te wasze psy wcale nie są tym, za co je uważacie. To nie są zwierzęta.