Dzik nie powiedział słowa. Wstał, zwinął linkę, zawiesił ją u pasa i usiadł obok Zefa.
— Diabli ich wiedzą — wymamrotał Zef. — Może to istotnie nie są zwierzęta… Tutaj wszystko może się zdarzyć. Tu jest Południe…
— A może właśnie te psy są mutantami? — zapytał Maksym.
— Nie — odpowiedział Zef. — Mutanci to po prostu bardzo zniekształceni ludzie. Dzieci najzwyklejszych w świecie rodziców. Mutanci. Wiesz, co to takiego jest?
— Wiem — odparł Maksym. — Ale rzecz w tym, jak daleko mutacja może zajść.
Przez jakiś czas wszyscy milczeli. Potem Zef powiedział:
— No, skoro jesteś taki wykształcony, to dość tego gadania. Wstawaj! — Podniósł się z ziemi. — Pozostało nam niewiele, ale czasu też za dużo nie mamy. A żreć się chce… — mrugnął do Maksyma — wręcz patologicznie. Wiesz, co to znaczy „patologicznie”?
Pozostała jeszcze do oczyszczenia południowo-zachodnia część kwadratu, ale niczego tam nie oczyszczali. Dosyć dawno musiało tam eksplodować coś bardzo potężnego. Po starym lesie pozostały tylko na pół zgniłe, powalone pnie i ścięte równo jak brzytwą, opalone karpiny. Spośród tego cmentarzyska strzelał już ku górze młody, rzadki zagajnik. Ziemia poczerniała, zwęgliła się i była naszpikowana sproszkowaną rdzą. Żadna broń po takim wybuchu nie mogła ocaleć i Maksym zrozumiał, że Zef nie przyszedł tam pracować.
Na ich spotkanie z krzaków wylazł zarośnięty człowiek w brudnej aresztanckiej kapocie. Maksym go poznał: to był pierwszy tubylec, jakiego tu spotkał, stary pomocnik Zefa zwany Naczyniem Frasobliwości.
— Poczekajcie — powiedział Dzik — ja z nim pogadam.
Zef kazał Maksymowi usiąść, a sam zaczął przewijać onuce mamrocąc w brodę bandycki romans „Jam chłopak zuch i znają mnie przedmieścia”. Dzik podszedł do Naczynia Frasobliwości i zaczął z nim szeptem rozmawiać. Maksym doskonale ich słyszał, ale nie mógł niczego zrozumieć, bo mówili jakimś żargonem, z którego zdołał wyłowić jedynie kilkakrotnie powtórzone słowo „poczta”. Niebawem przestał podsłuchiwać. Czuł się zmęczony i brudny. Dziś było zbyt wiele bezsensownej pracy i bezsensownego napięcia, zbyt długo oddychał dziś wszelkim paskudztwem i otrzymał zbyt wiele rentgenów. Znów przez cały dzień nie zrobił nic prawdziwie pożytecznego i bardzo mu się chciało wracać do baraku.
Potem Naczynie Frasobliwości zniknął, a Dzik wrócił, przysiadł koło Maksyma i powiedział:
— No, porozmawiajmy.
— Wszystko w porządku? — zapytał Zef.
— Tak — odparł Dzik.
— Przecież ci mówiłem — powiedział Zef oglądając onucę pod światło. — Ja mam na takich niucha.
— No więc, Mak — powiedział Dzik. — Sprawdziliśmy pana tak dokładnie, jak tylko w naszej sytuacji jest to możliwe. Generał za pana ręczy. Od dzisiaj będzie pan mnie podlegał.
— Bardzo się cieszę — powiedział Maksym z krzywym uśmiechem. O mało mu się nie wyrwało: „Ale za pana Generał nie poręczył” — opanował się jednak i dorzucił tylko: — Słucham pana.
— Generał donosi, że nie boi się pan radioaktywności i promieniowania emiterów. Czy to prawda?
— Tak.
— To znaczy, że pan w każdej chwili może przepłynąć Błękitną Żmiję i że to panu nie zaszkodzi?
— Mówiłem już, że mogę uciec choćby zaraz.
— Nie chcemy, aby pan uciekał… To znaczy, jeżeli dobrze zrozumiałem, że samochody patrolowe też nic panu nie mogą zrobić?
— Ma pan na myśli ruchome emitery? Tak.
— Bardzo dobrze — powiedział Dzik. — Wobec tego pańskie zadanie na najbliższy okres stało się całkiem jasne. Będzie pan kurierem. Kiedy panu rozkażę, przepłynie pan rzekę i z najbliższego urzędu pocztowego wyśle pan depeszę, którą doręczę. Jasne?
— To jest dla mnie jasne — powiedział wolno Maksym. — Nie rozumiem natomiast czegoś innego…
Dzik patrzył na niego nieruchomymi oczyma. We wzroku tego suchego, żylastego starca, zimnego i nieubłaganego wojownika, wojownika od czterdziestu lat, a może nawet od kołyski, straszliwego i zachwycającego wytworu świata, gdzie wartość życia ludzkiego równa się zeru, czytał Maksym swoje losy zdeterminowane jego wolą. Ten człowiek nie znał niczego poza walką, wszystko poza walką odrzucił i niczego poza walką nie miał. To samo miało czekać Maksyma.
— Tak? — powiedział pytająco Dzik.
— Rozmówmy się od razu do końca — powiedział twardo Maksym. — Nie chcę działać na ślepo. Nie zamierzam zajmować się sprawami, które moim zdaniem są bezsensowne i niepotrzebne.
— Na przykład? — zapytał Dzik.
— Wiem, co to znaczy dyscyplina. Wiem też, że bez dyscypliny cała nasza robota nic nie jest warta. Uważam jednak, iż dyscyplina winna być świadoma, a podkomendny powinien być przekonany o sensowności rozkazu. Każe mi pan być kurierem. Jestem gotów nim być, choć stać mnie na więcej, ale będę kurierem, jeśli to konieczne. Muszę jednak wiedzieć, że depesze, które będę nadawał, nie spowodują bezsensownej zguby i tak już nieszczęśliwych ludzi.
Zef zadarł brodę do góry, ale Dzik i Maksym powstrzymali go identycznymi gestami.