— Kazano mi wysadzić wieżę — ciągnął Maksym. — Nie wytłumaczono mi, po co to jest potrzebne. Wiedziałem, że jest to głupie i śmiertelnie niebezpieczne przedsięwzięcie, ale rozkaz wykonałem. Straciłem trzech towarzyszy, a potem okazało się, że to była pułapka prokuratury. Mówię więc: dość tego! Nie mam zamiaru nadal wysadzać wież. Co więcej, zamierzam wszelkimi sposobami przeciwdziałać tego rodzaju akcjom.
— Toś głupi — powiedział Zef. — Smarkacz!
— Dlaczego? — zapytał Maksym.
— Poczekaj, Zef — powiedział Dzik. Ciągle nie spuszczał wzroku z Maksyma. — — Innymi słowy, chce pan znać wszystkie plany naszego sztabu?
— Tak — powiedział Maksym. — Nie chcę działać na ślepo.
— Aleś ty, braciszku, bezczelny! — oświadczył Zef. — Brak mi słów, żeby opisać, jakiś ty bezczelny… Słuchaj, Dzik, on mi się podoba! Co jak co, ale nosa to ja mam…
— Żąda pan zbyt wielkiego zaufania — powiedział zimno Dzik. — Na takie zaufanie należy zasłużyć pracą w organizacjach podstawowych.
— A robota dołowa polega na zwalaniu idiotycznych wież? — powiedział Maksym. — Jestem w podziemiu wprawdzie dopiero od kilku miesięcy, ale przez cały ten czas słyszałem tylko jedno: wieże, wieże, wieże… A ja nie chcę wysadzać wież, bo to nie ma sensu!… Chcę walczyć z tyranią, głodem, chaosem, korupcją i kłamstwem… Z systemem kłamstw, a nie z systemem wież! Rozumiem oczywiście, że wieże was gnębią, po prostu fizycznie unicestwiają. Ale nawet z wieżami walczycie jakoś po kretyńsku. Nie ma cienia wątpliwości, że wieże są tylko przekaźnikami, a co za tym idzie, należy atakować ośrodek nadawczy zamiast likwidować poszczególne przekaźniki.
Dzik i Zef odezwali się równocześnie.
— Skąd pan wie o istnieniu ośrodka nadawczego? — zapytał Dzik.
— A gdzie ty to centrum znajdziesz? — zaciekawił się Zef.
— To, że ośrodek istnieje, musi być jasne dla każdego jako tako rozgarniętego inżyniera — powiedział Maksym pogardliwie. — Natomiast odszukanie ośrodka jest właśnie tym zadaniem, którym powinniśmy się zajmować. Nie biec pod ogień cekaemów, nie tracić niepotrzebnie ludzi, lecz właśnie szukać ośrodka.
— Po pierwsze, sami doskonale o tym wiemy — powiedział Zef gotując się ze złości. — A po drugie, massaraksz, nikt nie zginął na darmo! Każdy jako tako rozgarnięty inżynier, ty zafajdany smarkaczu, powinien zrozumieć, że po wysadzeniu kilku wież naruszymy system retransmisji i zdołamy wyzwolić cały rejon kraju! Ale do tego potrzebna jest umiejętność niszczenia wież i my się tego uczymy, rozumiesz to czy nie? I jeżeli jeszcze raz powiesz, że nasi chłopcy ginęli na darmo…
— Chwileczkę — powiedział Maksym. — Proszę zabrać ręce. Wyzwolić rejon… No dobrze, a co dalej?
— Byle smarkacz przychodzi i mówi nam, że giniemy niepotrzebnie — pienił się Zef.
— A co dalej? — powtórzył Maksym z naciskiem. — Legioniści podciągną ruchome emitery i wykończą was?
— Diabła tam! — powiedział Zef. — Do tego czasu ludność całej okolicy przejdzie na naszą stronę i wtedy tak łatwo nie podejdą. Co innego garstka tak zwanych wyrodków, a co innego dziesięć tysięcy rozwścieczonych chłopów…
— Zef, Zef! — powiedział Dzik ostrzegawczym tonem.
Zef niecierpliwie machnął na niego ręką.
— …dziesięć tysięcy rozwścieczonych chłopów, którzy zrozumieli i raz na zawsze zapamiętali, że ich od dwudziestu lat bezczelnie kantowano…
Dzik machnął ręką i odwrócił się.
— Zaraz, zaraz — powiedział Maksym. — Co pan mówi? Z jakiej to niby racji ci chłopi nagle zrozumieją? Przecież oni was na strzępy rozszarpią, bo uważają, że to jest obrona przeciwbalistyczna.
— A ty jak uważasz? — zapytał Zef z dziwnym uśmiechem.
— No, ja wiem — odparł Maksym. — Powiedziano mi…
— Kto?
— Doktor… i Generał… Czyżby to była tajemnica?
— Może już dosyć na ten temat? — zapytał Dzik cicho.
— Dlaczego dosyć? — zaoponował Zef równie cichym i jakimś bardzo kulturalnym głosem. — Dlaczego właściwie dosyć, powiedz mi, Dziku? Wiesz, co ja o tym sądzę. Wiesz, dlaczego zostanę tu do końca życia. Ja natomiast wiem, co ty o tym sądzisz. Czemu więc dosyć? Obaj uważamy, że trzeba o tym krzyczeć na każdym rogu ulicy, a kiedy przychodzi okazja, nagle przypominamy sobie o dyscyplinie konspiracyjnej i zaczynamy posłusznie iść na rękę tym wszystkim liberałom, cezarystom i krzewicielom oświaty. A teraz mamy przed sobą tego chłopca. Przecież widzisz, jaki on jest. Czy i tacy nie powinni wiedzieć?
— Może właśnie tacy nie powinni wiedzieć — równie cicho odpowiedział Dzik.
Maksym, nic nie rozumiejąc, przenosił wzrok z jednego na drugiego. Jego towarzysze stali się nagle bardzo do siebie niepodobni, skurczyli się jakoś, oklapli i w Dziku nie wyczuwało się już tego stalowego charakteru, o który połamało sobie zęby tyle już prokuratur i sądów polowych, a z Zefa opadła cała jego beztroska wulgarność, ujawniła się natomiast jakaś skryta rozpacz, poczucie krzywdy i pokora… Jakby nagle przypomnieli sobie coś, o czym powinni byli i uczciwie starali się zapomnieć.
— Opowiem mu — powiedział Zef. Nie pytał o pozwolenie i nie zasięgał rady. Po prostu komunikował. Dzik zmilczał i Zef zaczął opowiadać.